sobota, 16 września 2017

Gdy spadną z gwiazd

– Za godzinę powinniśmy być na miejscu – poinformowałam, wzdychając już nieco poirytowana.
Tylko zadzwoń, jak już dojedziecie. – Usłyszałam znów to samo, przez co miała ochotę krzyczeć.
– Po co mam dzwonić, skoro ty robisz to co pół godziny, choć wiesz, że jeszcze nie dojechaliśmy.
Nie zaczynaj, dobrze? Po prostu zadzwoń.
– Dobrze, mamo. Zadzwonię. Pa. – Rozłączyłam się, po czym rzuciłam telefon do wnęki pod radiem.
– Nie rozmawia się przez komórkę, gdy się prowadzi – skwitowała moja młodsza siostra, nie odrywając wzroku od wyświetlacza.
– Gdybyś ty odbierała od niej, nie dzwoniłaby do mnie – wyrzuciłam z siebie i zacisnęłam palce na kierownicy, żeby przypadkiem nie walnąć Octavii w łeb, gdy wzruszyła ramionami.
– Chce mnie kontrolować, a ja nie mam zamiaru jej na to pozwalać. – Zrobiła balon z gumy, po czym wciągnęła go i przeżuła. – Nie wiesz jak to jest, bo mieszkasz z ojcem.
– Przestań – warknęłam. – Sama chciałaś zostać z mamą i Paulem. Poza tym masz siedemnaście lat i ona ma pełne prawo do tego, żeby cię kontrolować.
– Dziewczyny... – Margot wsadziła głowę między siedzenia i popatrzyła na nas niemal błagalnie.
– Przepraszam – odparłam, uśmiechając się do niej delikatnie, a moja siostra znów wzruszyła ramionami.
Przyhamowałam nieco zbyt ostro, bo auto przed nami zaczęło skręcać, bez wcześniejszego włączenia kierunkowskazu, ale co się dziwić skoro za kierownicą siedział Christopher. Octavia spojrzała na mnie spode łba i już otwierała usta, ale ją uprzedziłam.
– Zamknij się – syknęłam, nawet na nią nie spoglądając. Wzięłam głęboki wdech i skręciłam za samochodem Chrisa.
Jeszcze nawet nie dojechaliśmy na miejsce, a ja już miałam dość tego wyjazdu. Chciałam spędzić miło czas z przyjaciółmi, a za to dostałam do pilnowania młodszą siostrę. Zdecydowanie nie było mi to na rękę, zwłaszcza, że nasze relacje znacznie się pogorszyły, choć tak naprawdę nie widziałam dlaczego. Może Octi przechodziła jakiś okres buntu, co wydawało się wysoce prawdopodobne zwłaszcza po rewelacjach, jakie usłyszałam od mamy, ale nigdy nie zachowywała się tak wobec mnie.
Istniała tez inna opcja, która sugerowała, że Octavia czuła się przeze mnie porzucona, tylko dlaczego pokazywała to dopiero teraz? Przecież już osiem lat nie mieszkałyśmy razem i wydawało mi się, że przywykła do tej sytuacji. Ona została z mamą i jej nowym mężem, a ja wyprowadziłam się do taty. Do cholery! Doskonale wiedziała, że nie potrafiłam dogadać się z Paulem. Wszyscy bez wyjątku mieli już dość naszych kłótni.
Odruchowo spojrzałam we wsteczne lusterko i napotkałam spojrzenie Margo, które wyrażało zaniepokojenie. Ona nie musiała nic mówić, żebym wiedziała, że myślała o tym samym, co ja. Przyjaźniłyśmy się od dziecka i praktycznie się nie rozstawałyśmy. Przesiadywałyśmy u mnie albo u niej, i to nieważne czy za dnia, czy w nocy. Nawet gdy rodzice się rozwiedli i na kilka miesięcy się wyprowadziłam, utrzymywałyśmy kontakt, a gdy wróciłam, znów przesiadywałyśmy u siebie nawzajem. Porozumiewałyśmy się bez słów i to w naszej przyjaźni było cudowne.
Jakieś czterdzieści minut później dojechaliśmy na miejsce. Zaparkowałam auto obok Chrisa i wysiadłam, a razem ze mną Margot, tylko Octavia została w środku z słuchawkami w uszach i wyglądało na to, że nie miała zamiaru ruszyć się z miejsca. A i został jeszcze Kenneth, który i tak całą drogę przespał, a gdy Margo trzasnęła drzwiami, tylko poprawił bluzę pod głową i spał dalej.
– Twój barat, to ma coś z leniwca. – Zaśmiałam się do przyjaciółki, gdy szłyśmy w stronę ganku, na którym pozostali już na nas czekali.
– Całą noc grał. Gdy weszłam, żeby go obudzić, to się zdziwił, że już wyjeżdżamy, a on się jeszcze nawet nie położył, więc wiesz... – Margo zrobiła swoją potępiającą minę, na co ja tylko pokręciłam z rozbawieniem głową.
– Przynajmniej nie warczy na ciebie. – Westchnęłam ciężko i wróciłam do szukania kluczy w plecaku.
– To taki głupi wiek, przejdzie jej.
– Oby, inaczej ją uduszę. – Uśmiechnęłam się szeroko, bo znalazłam klucze. – I zobaczysz, że nie pójdę za to siedzieć.
Wskazałam głową Margo, żeby otworzyła drzwi, a sam wystukałam wiadomość do mamy, że dotarliśmy na miejsce, po czym zanim zdążyła zadzwonić, wybrałam numer taty.
Co jest, skarbie? – Usłyszałam po kilku zbyt długich sygnałach.
– Jesteśmy, auto też całe.
Li, nie rób ze mnie wrednego ojca, co? – Zaśmiał się do telefonu, a na moich ustach pojawił się szczery uśmiech.
– To jest ten moment, kiedy powinnam zacząć zaprzeczać, żebyś poczuł się lepiej?
Dokładnie. I nie rozumiem dlaczego jeszcze tego nie robisz. – I znów ten jego śmiech. – Li?
– Tak? – Gdy tylko usłyszałam tę szczególną nutkę w jego już poważnym głosie, wiedziałam o co albo raczej o kogo chciał zapytać. Spojrzałam na siostrę, która szła w moją stronę z miną „mam wszystko w dupie” i czekałam, aż tata znów się odezwie.
Jest tam gdzieś Octi?
– Tata dzwoni, przywitasz się chociaż? – Zasłoniłam mikrofon dłonią i popatrzyłam pytająco na siostrę, która właśnie mnie mijała. Spojrzała mi w oczy, robiąc balon z gumy, który po chwili pękł, a ona po prostu odeszła. Wzięłam głęboki, uspokajający wdech, żeby nie złapać tej gówniary za włosy i uderzyć jej głową o najbliższe drzewo. – Przykro mi, tato.
Nie przejmuj się. – Mimo że próbował powiedzieć to beztroskim tonem, to ja i tak wiedziałam, że obojętność Octavii go zabolała. – Kocham was, bawcie się dobrze.
– My ciebie też. Do zobaczenia. – Przeciągnęłam palcem po ekranie, kończąc tym samym połączenie.
Stałam w miejscu, ściskając w ręce telefon. Musiałam ochłonąć, bo w innym przypadku rozszarpałabym siostrę na strzępy. Przetarłam dłonią twarz, a następnie rozejrzałam się po okolicy. Od ostatnich wakacji spędzonych właśnie tutaj, chyba nic się nie zmieniło, no może drzewa były ciut większe, a w jeziorze przybyło wody. Wpatrywałam się w pomost, a na moich ustach pojawił się nikły uśmiech. Doskonale pamiętałam, gdy tata uczył mnie i Octavię pływać. Smarkula załapała szybciej niż ja i do końca dnia się ze mnie naśmiewała, a gdy zapadł zmrok, tata ustawił auto tak, aby reflektory oświetlały taflę wody. Trzęsłam się z zimna, ale za nic nie chciałam wyjść. W końcu popłynęłam. Octi liczyła wtedy pięć lat, a ja dziesięć i nie miałyśmy takich problemów w komunikacji, ale wtedy też stanowiliśmy rodzinę – tata, mama, ja i moja młodsza siostrzyczka. Po tamtych czasach zostały już tylko wspomnienia.
– Dlaczego nikt mnie nie obudził? – Przeniosłam wzrok na Kennetha, który zarzucił mi rękę na ramię i ziewnął.
– Bo spałeś jak suseł. – Skrzywiłam się, gdy jego oddech podrażnił mój nos. – I umyj zęby, bo wali ci z paszczy.
– Jak zwykle miła i pełna taktu. – Nachylił się, żeby cmoknąć mnie w policzek.
– Powiem Margo, że mnie źle dotykasz. – Wysunęłam się spod jego ramienia, ale zdążył musnąć moją skroń. Ruszyłam w stronę domu, a Kenn szedł za mną z głupkowatym uśmiechem na ustach.
– Stwierdzi, że skoro ona ma mieć przerąbane, to i ty.
Roześmiałam się, bo tak faktycznie mogło być. Pomimo że wciąż sobie dogryzali, to Margot  i tak powtarzała, że lepszego brata rodzice nie mogli jej spłodzić. I chcąc nie chcąc, musiałam przyznać jej rację, bo Kenneth zawsze stał murem za Margo, a i z czasem za mną. Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam traktować go jak brata.
W domu towarzystwo zdążyło rozsiąść się na kanapie i fotelach, w ogóle się nie fatygując, żeby pościągać płachty materiału, które chroniły meble przed kurzem, światłem i czasem, choć to ostatnie oddziaływało na wszystko wokół, a szczególnie na nas samych. Rozejrzałam się po obszernym pomieszczeniu i przy okazji twarzach znajomych. Wszyscy wyglądali na wycieńczonych, ale co się dziwić, skoro jechaliśmy przeszło cztery godziny.
Odłożyłam plecak na blat wysepki, która oddzielała kuchnię od salonu, a jednocześnie służyła za stół. Sprawdziłam włącznik światła oraz odkręciłam kurki w kranie, ale tak jak myślałam i zapewniał tata – wszystko było wyłączone.
– Ma ktoś latarkę? – rzuciłam przez ramię, przeglądając kuchenne szafki i szuflady. – Zostawiłam swoją w samochodzie.
– Ja mam! – zaszczebiotała Helena i zanurkowała do swojej torby, a gdy już znalazła to, czego tak zawzięcie szukała, przybiegła do mnie jak pies do właściciela. – Proszę.
– Dzięki. – Wzięłam od niej latarkę, ale jakoś nie miałam ochoty odwzajemnić przesłodzonego uśmiechu.
Ta dziewczyna działała mi na nerwy, a jak głębiej się nad tym zastanowić, to chyba mogła konkurować z Octavią. Helena niby nic mi nie zrobiła, w sumie to jej nie znałam zbyt dobrze, ale ciągłe próby wkupienia się w nasze łaski, doprowadzały mnie i Margo do białej gorączki. Może reprezentowała sobą coś więcej niż cycki i tyłek, ale jak na razie, to skrupulatnie to ukrywała. Gdyby nie fakt, że John się z nią spotykał i to od przeszło roku, w ogóle nie zamieniłabym z nią słowa... nigdy...
– Li! – Kenneth wyszedł z łazienki ze szczoteczką w ustach. – Nie ma wody.
– Przecież wiem, głupku. – Uniosłam teatralnie oczy do nieba. – Ale skoro się tym zainteresowałeś, to idziesz ze mną do piwnicy.
– Przecież tam na pewno są pająki. – Kenn skrzywił się lekko, a ja uśmiechnęłam się szeroko.
– Właśnie dlatego cię zabieram. Rzucę cię na pożarcie, a sama nawieję. – Mimo że Kenneth nie wyglądał na zadowolonego z mojego pomysłu, to posłusznie poszedł za mną. Akurat w kwestii tych małych kurwiszczy mieliśmy takie samo zdanie, czyli oboje się ich panicznie baliśmy, choć on publicznie by się do tego nie przyznał.
Schodziłam powoli po schodach, jedną ręką podtrzymując się ściany, a drugą trzymając latarkę i oświetlając sobie drogę. Kenn natomiast dosłownie się do mnie przyczepił, chwytając za moją koszulkę. Pokręciłam tylko z rozbawieniem głową i brnęłam dalej w egipskie ciemności.
– Li? – zaczął szeptem, jakby w tej piwnicy mogło nas coś usłyszeć.
– No? – mruknęłam zbyt skupiona na tym, gdzie stawiałam stopy, niż na tym, co chciał mi powiedzieć.
– Octavia ma chłopaka? – Zatrzymałam się gwałtownie, a on przez to na mnie wpadł. Zamrugałam lekko oszołomiona, po czym naprawdę powolutku się okręciłam.
– Zabujałeś się w mojej siostrze?! – syknęłam, świecąc mu latarką prosto w oczy.
– No weź się... – jęknął, próbując zasłonić dłonią światło. – Tylko pytam...
– Nie łżyj mi tu! – zażądałam i nawet mi się nie śniło, żeby odpuścić jego oczom. – Ona nie jest pełnoletnia! A ja już wiem, co ci chodzi pod tą rozczochraną kopułą!
– Liana. – Głos Kennetha nagle przestał być jęczący, za to stał się twardy i pewny. Chwycił moją dłoń, w której trzymałam latarkę i skierował ją w dół, dzięki czemu w ciemnościach widzieliśmy swoje twarze. Moje serce na moment dosłownie zamarło, bo prawie nigdy nie widywałam takiej powagi na twarzy przyjaciela. – Musiałbym być skończonym kretynem, gdybym chciał zaliczyć Octi. Przecież pamiętam, gdy uczyła się jeździć na rowerze. Ba! Sam za nią biegałem, bo tobie się nie chciało.
– Do czego zmierzasz? – Zmrużyłam podejrzliwie oczy, przyglądając mu się badawczo.
– Lubię ją. Zawsze lubiłem, a jakiś czas temu dotarło do mnie, że każdą napotkaną dziewczynę porównuję właśnie do Octavii... – Przez jego twarz przebiegł jakiś dziwny grymas, którego wcześniej nie widywałam.
– Ty naprawdę się w niej zadłużyłeś – stwierdziłam, jeszcze bardziej zszokowana niż na początku tej dziwnej rozmowy. Przyjaciel przytaknął mi z ociągnięciem i patrzył na mnie tak, jakby oczekiwał co najmniej błogosławieństwa. Chociaż z drugiej strony, to był Kenneth, znałam go przecież od dzieciaka. Wypuściłam głośno powietrze i wzruszyłam ramionami, a on się szeroko uśmiechnął. – Dobra, ale pamiętaj, jeśli się dowiesz, że Octi chce nas wszystkich wymordować we śnie, masz na nią donieść.
Odwróciłam się plecami do przyjaciela i przesunęłam snopem światła po ścianie w poszukiwaniu bezpieczników.
– Co wy tam tak długo robicie?! – Margot stała na schodach i dosłownie darła się do nas, jakbyśmy znajdowali się przynajmniej dziesięć kilometrów dalej.
– Walczymy ze zgrają gnomów! – odkrzyknął Kenneth, a ja tylko przewróciłam oczami, bo już wiedziałam, co będzie dalej. – Chcą odzyskać swoją królową! Margo Upierdliwa Wielka Dupa Trzecia!
– Wal się, dupku!
Czekały mnie długie dwa tygodnie wakacji, gdzie mogłam tylko pomarzyć o odpoczynku w spokoju. Nie dość, że byłam skazana na obrażoną Octavię, to jeszcze na ciągłe pyskówki mojego ulubionego rodzeństwa, choć po nich mogłam się tego spodziewać. Zawsze jednak pozostawała mi nadzieja, że Kenn jakoś dotrze do mojej siostry i odczepi się od Margot, tylko wtedy ona będzie próbowała poderwać Christophera, John z Heleną zajmą się sobą w sposób, o którym nawet nie chciałam myśleć, a ja zostanę na lodzie. Tak... wakacje zapowiadały się wprost zajebiście.
Cofnęłam rękę z latarką i niemal podskoczyłam z radości, bo na ścianie zamajaczyła upragniona skrzynka z bezpiecznikami. Szybkim krokiem przemierzyłam odległość dzielącą mnie od elektryczności i energicznym ruchem otworzyłam drzwiczki. Przebiegłam wzrokiem po każdym oznaczeniu, aż w końcu z szerokim uśmiechem na ustach przesunęłam kilka tych cholernych pstryczków ku górze. Rozejrzałam się po suficie, ale nadal tkwiliśmy w ciemnościach. Przeniosłam pytające spojrzenie na Kennetha, na co on tylko wzruszył ramionami.
– A włączyłeś światło, czy raczej cały czas trzymasz się mojego tyłka? – Uniosłam wysoko brwi, a on wyszczerzył się, po czym wepchnął szczoteczkę do buzi i ruszył w kierunku włącznika.
– Voilà! – krzyknął uradowany, gdy jasne światło oślepiło zarówno mnie, jak i jego.
Uśmiechnęłam się półgębkiem, wyłączyłam latarkę i wskazałam głową na kilka rur, z których dumnie wyrastały jakieś pokrętła. Kenneth podszedł do nich z potężną zmarszczką na czole, która świadczyła o niezwykłej konsternacji. Obejrzał wszystko z każdej strony, dwa razy kopnął jedną z rur czubkiem buta, po czym przekręcił jeden zawór i ruszył w stronę schodów, a tuż za nim szłam ja. Wdrapaliśmy się na górę, zawierając po drodze umowę, że rozmowa z piwnicy pozostanie między nami, a jeśli Margo się o czymś dowie, to mnie rodzony ojciec nie pozna, i choć to były pogróżki bez pokrycia, to obiecałam mu, że się nie wygadam. Poza tym aż za dobrze wiedziałam, jak w takiej sytuacji zachowałaby się moja przyjaciółka, czyli pierwsze co by zrobiła, to opowiedziała o wszystkim Octavii, ta z kolei obraziłaby się na cały wszechświat, a Kenneth czułby się jak zbity pies, więc tak, chciałam zachować wszystko tylko i wyłącznie dla siebie.
W kuchni odkręciłam jeden z kurków przy zlewie, coś zacharczało, zadudniło, kilka razy strzeliło, aż w końcu popłynęła woda. Przybiłam przyjacielowi żółwika, a on zniknął za drzwiami łazienki, zapewne dokończyć mycie zębów.
Omiotłam spojrzeniem salon, ale nigdzie nie dostrzegłam mojej siostry. Podeszłam do Margot, która wydawała polecenia co do sprzątania i przy tym sama ściągała materiał z fotela.
– Gdzie Octavia? – Szarpnęłam białą tkaninę, która leżała na niskiej ławie.
– Na górze – sapnęła, a po chwili kichnęła. – O mało co, a nie dostałam w twarz drzwiami.
Przygryzłam wewnętrzną stronę policzka i spojrzałam w kierunku schodów prowadzących na piętro. Zrobiłam głęboki wdech, postanawiając porozmawiać z siostrą i przy tym się nie zirytować, co zapewne graniczyło z cudem.
Na górze znajdowały się trzy pokoje, z czego tylko przy jednym zamknięto drzwi, a znaczyło to tyle, że właśnie tam siedziała Octi. Weszłam do środka i się nie pomyliłam, bo blondynka leżała na dużym łóżku ze słuchawkami w uszach i wzrokiem wbitym w komórkę. Przysiadłam na skraju materaca, ale nawet nie zauważyła mojej obecności. Szturchnęłam ją w nogę, a gdyby spojrzenie mogło zabijać, to zostałaby ze mnie kupka popiołów.
– Co? – Wyciągnęła jedną słuchawkę, ale trzymała ją w gotowości, żeby tylko umieścić ją z powrotem w uchu.
– Pomogłabyś posprzątać. – Naprawdę starałam się, żebym nie zabrzmiała, jakbym miała do niej pretensje, czy o coś ją oskarżała, ale po jej wyrazie twarzy wnioskowałam, że wszystko co powiem, tak odbierze.
– Nie chciałam tu przyjeżdżać, więc nie mam zamiaru sprzątać. – Zacisnęła zęby, a ja pięści.
– Z tatą też nie chciałaś zostać.
– Nie jestem już dzieckiem, które trzeba pilnować – wydusiła, patrząc mi prosto w oczy.
– Octi, do cholery, chciałaś spędzić dwa tygodnie sama? – Patrzyłam na nią i nie dowierzałam.
– Nie twój, pieprzony, interes – syknęła i chciała włożyć słuchawkę do ucha, ale chwyciłam za jej nadgarstek.
– Przecież wiesz, że nie mogłaś jechać z mamą i Paulem. – Rzuciła mi pogardliwe spojrzenie, wyrwała rękę i znów zajęła się swoim telefonem.
Przetarłam dłońmi twarz, po czym po prostu wyszłam. Jeśli ona chciała zachowywać się tak przez cały czas, to od razu mógł mnie ktoś zastrzelić. Z każdą kolejną chwilą, coraz poważniej zastanawiałam się nad spaniem w salonie, a nie z nią w jednym pokoju. Może nawet wolałabym pokój z Chrisem i Kennethem niż z własną siostrą, ale z drugiej strony nie mogłam zostawić Margot samej.
Pogrążona w ponurych myślach zeszłam na dół, aby pomóc reszcie w doprowadzaniu domu do stanu używalności. Niestety było gorzej niż nam się wydawało na początku, przez co porządki skończyliśmy późnym popołudniem, ale nawet to nie przeszkodziło nam w oficjalnym rozpoczęciu wspólnych wakacji. Zaledwie pół godziny później siedzieliśmy wszyscy przy ognisku i smażyliśmy kiełbaski, popijając przy tym piwo. Nawet Octawia wyszła do nas, a co najważniejsze – nie stroiła fochów. Usiadła z dala ode mnie, ale przynajmniej na chwilę zapomniała o swoim telefonie, bo Kenneth zajął ją rozmową.
Po kilkunastu opróżnionych butelkach już wszystkim szumiało w głowach, a wtedy Christopher włączył muzykę w samochodzie i porwał Margo do tańca. Zawsze uważałam ich za idealną parę, zresztą tak samo jak cała nasza paczka, ale tylko Chris tego nie zauważał, no chyba że wypił trochę, bo wtedy dosłownie nie odstępował mojej przyjaciółki na krok.
Przeniosłam wzrok na Helenę, która siedziała na kolanach Johna, a po chwili na siostrę i Kennetha. Wyciągnęłam się na krześle, krzyżując nogi w kostkach. Przez jedną, krótką chwilę żałowałam, że pozostawałam sama, ale gdy tylko przypomniałam sobie pieczenie policzka i maskowanie siniaka toną pudru, uczucie żalu zniknęło. Wzięłam głęboki wdech i pociągnęłam łyk piwa. Tak zdecydowanie było lepiej. Nie potrzebowałam fałszywej miłości.
Zmarszczyłam brwi, bo coś usłyszałam. Skupiłam się na dźwięku, który zdawało się, że nie posiadał swojego źródła; dochodził zewsząd i stawał się coraz głośniejszy, a do tego nieprzyjemny. Zupełnie jakby otoczyło nas mnóstwo pszczół i z każdą kolejną sekundą ich przybywało. W pewnym momencie ten uciążliwy dźwięk zagłuszył nawet muzykę. Każdy rozglądał się dookoła w poszukiwaniu wyjaśnienia, ale takiego nie znalazł.
W jednej sekundzie irytujące brzęczenie zakończyło się hukiem i serią rozbłysków, które rozchodziły się falami po niebie, aż docierały do ziemi, niosąc ze sobą podmuchy powietrza. Na krótką chwilę w domu zrobiło się jasno, po czym usłyszałam pękanie szkła. W autach reflektory również się zaświeciły, żarówki strzeliły i zgasły. Zapanowała martwa cisza, mącona jedynie naszymi przyśpieszonymi oddechami.
Zerwałam się z krzesła, przy okazji je przewracając i pobiegłam do domu. Przesunęłam włącznik światła, ale lampy nie zareagowały. Przeszłam przez salon do części kuchennej, a pod moimi butami chrzęściły kawałki szkła. Odnalazłam po omacku latarkę, którą dała mi Helena, lecz i tu żarówka pękła. Wyszłam na zewnątrz, gdy Chris wysiadał akurat z auta.
– Akumulator siadł – zakomunikował, a ja z kieszeni spodenek wyciągnęłam swoje kluczyki i je mu rzuciłam.
– Wszystkie żarówki szlag trafił, nawet latarka nie działa. – Podparłam ręce na biodrach, czekając aż Christopher do nas wróci.
– Też padł. – Przyjaciel wzruszył ramionami i oddał mi kluczyki. – A w domu jest prąd? Najwyżej się coś pomyśli, żeby podładować.
– Nie wiem. Światła nie ma, a do piwnicy nie zejdę po ciemku, bo sobie kark skręcę. – Przygryzłam wargę, ale po chwili uświadomiłam sobie, że przecież mój telefon miał latarkę. Przez chwilę siłowałam się ze sobą, żeby wyciągnąć komórkę z kieszeni, ale gdy okazało się, że i ona nie działała, mój entuzjazm się ulotnił. – Padła. A wasze?
Każdy bez wyjątku sprawdził swój telefon, ale żaden nie dawał znaku życia.
– Widzieliście? – Helena zmrużyła oczy, wypatrując czegoś pomiędzy drzewami. – Chyba coś tam jest.
– Raczej za dużo wypiłaś – skwitował John i zaczął się podnosić, czym zmusił Helenę do wstania z jego kolan.
Zgarnęłam kilka butelek z ziemi, żeby wrzucić je do skrzynki, która stała nieopodal ogniska, ale zatrzymałam się w pół kroku, bo dostrzegłam ruch w miejscu, w które tak zawzięcie wpatrywała się Helena. Gdy chmury przesunęły się na niebie, a nikły blask księżyca padł na postać między drzewami, moje serce o mało nie wyrwało się z piersi, i to z głośnym krzykiem.
– Uciekajcie – wyszeptałam, nie spuszczając wzroku z intruza, który trzymał w dłoniach broń.
– Co? – Margot zatrzymała się tuż obok mnie.
– Uciekajcie! – wrzasnęłam w momencie, gdy rozległ się pierwszy strzał.
Wszystko działo się błyskawicznie. Biegłam przed siebie ile tylko miałam sił, co chwilę spoglądając przez ramię, czy ten koleś nie deptał mi po piętach. Nawet nie zarejestrowałam momentu, w którym znalazłam się całkowicie sama pośrodku ciemnego lasu. W jednej chwili widziałam przed sobą Octavię, a z boku Kennetha, żeby w kolejnej sekundzie stracić oboje z oczu.
Opadłam na ziemię za zwalonym pniem i oparłam się o niego plecami. Serce waliło w mojej piersi jak oszalałe, a płuca piekły niemiłosiernie, żądając dostatecznej ilości tlenu do funkcjonowania, ale mój oddech stał się na tyle płytki i urywany, iż niewykluczonym było, że się uduszę.
Po kilku próbach, w końcu udało mi się nad sobą zapanować. Zamrugałam kilkukrotnie, chcąc wyostrzyć obraz, który w tych warunkach wydawał się jedna, ciemną plamą barw. Wyjrzałam zza pień, ale nikogo nie widziałam. Przetarłam twarz dłońmi, jednocześnie starając się wychwycić jakikolwiek dźwięk. Nie słyszałam już żadnych wystrzałów, ani też krzyków. W lesie znów panowała cisza, a ja poczułam pod powiekami pieczenie. Nie liczyłam ile razy ten ktoś strzelił i nie wiedziałam czy kogoś trafił. Miałam tylko nadzieję, że wszystkim udało się uciec i ten wariat ich nie znalazł.
Siedziałam na ziemi z podciągniętymi kolanami do piersi, zastanawiając się, co powinnam zrobić dalej. Tata zadbał o to, żebym wiedziała co robić w sytuacjach zagrażających życiu, w końcu pracował w wojsku, więc znał się na tym jak mało kto, ale skąd mógł wiedzieć, że w takim momencie mój mózg się wyłączy i każe radzić sobie samej?
Przymknęłam na moment oczu i wciągałam powietrze nosem, żeby przetrzymać je w płucach, a następnie powoli wypuścić ustami. Powtórzyłam tę czynność kilka razy, aż zaczęłam się uspokajać. Bezwiednie oblizałam suche wargi i podniosłam się na nogi. Musiałam znaleźć przyjaciół, a przede wszystkim Octavię. W samochodzie leżał klucz do kół, który mógł posłużyć do samoobrony, jeśli koleś nie mierzyłby do mnie z broni, a najlepiej, gdyby stał tyłem. A jeśli udałoby mi się obejść dom, to mogłabym dotrzeć do miasteczka, a tam znalazłabym pomoc. Tak, mój plan był idealnie do bani, ale do głowy nie wpadł mi żaden inny, więc zmusiłam się do ruszenia się z miejsca, co okazało się niezwykle trudne, bo moje nogi w ogóle nie chciały ze mną współpracować.
Powoli przesuwałam się w stronę, z której przybiegłam, a w moim sercu zatliła się głupia iskierka nadziei, że psychol sobie poszedł i dom stanowił bezpieczne miejsce. Objęłam się ramionami, a przy każdym kroku nasłuchiwałam, czy na pewno nikt nie czaił się w ciemnościach. Na nawet najcichszy dźwięk moje mięśnie spinały się boleśnie, a oddech wiązł w płucach i tylko cudem dotarłam do miejsce, w którym stał dom, nie uciekając w popłochu.
Przykucnęłam przy jednym z drzew i obserwowałam drzwi wejściowe, które były otwarte na oścież. W głowie zapaliła mi się ostrzegawcza lampka, bo nie potrafiłam sobie przypomnieć, czy zamykałam je za sobą. Wzięłam głęboki wdech, po czym przeniosłam spojrzenie na miejsce, gdzie zrobiliśmy ognisko, które ktoś zagasił. Krzesła leżały poprzewracane, butelki walały się na ziemi tak samo jak kiełbaski i chleb. Jednak z ulgą przyjęłam, że nie widziałam ani siostry, ani przyjaciół, co oznaczało, że musieli uciec. Chwyciłam się tej myśli kurczowo i podniosłam się, ale nim zrobiłam krok, poczułam dłoń na ustach i uścisk w pasie. Próbowałam się wyrwać, ale ten ktoś bez większego wysiłku podniósł mnie, po czym wycofał się głębiej w las.
– Nie zrobię ci krzywdy – wyszeptał męski głos tuż przy moim uchu, a ja znieruchomiałam. Zamrugałam, chcąc powstrzymać wciąż napływające do oczu łzy, ale z marnym skutkiem. – Rozumiesz mnie?
Skinęłam głową na tyle, na ile pozwalała mi jego ręka i kłębiący się we mnie strach. Chwilę trwaliśmy w bezruchu, gdy on wciąż przyciskał mnie do swojego ciała. Przełknęłam z trudem ślinę i chwyciłam za jego rękę, chcąc odciągnąć ją od ust, bo zaczynało brakować mi tchu.
– Puść mnie, proszę – wyjąkałam przez łzy, gdy w końcu zabrał dłoń.
– Ciii... – Usłyszałam znów przy uchu. – On tam nadal jest.
Otworzyłam usta, ale nic nie powiedziałam, bo w progu pojawiła się postać. Gapiłam się tępo i nawet nie wiedziałam na kogo, bo z pewnością nie na zwykłego wariata biegającego z wiatrówką i strzelającego do ludzi. Ten ktoś miał na sobie kombinezon, którego jeszcze nigdy nie widziałam, a przecież doskonale znałam umundurowanie naszych wojsk – w końcu całe życie mieszkałam z żołnierzem pod jednym dachem. Intruz skrywał twarz za dziwnym kaskiem, a w dłoniach trzymał broń, która przypominała taką z gier Kennetha, a nie używaną w realnym świecie. I dźwięk wystrzału był zupełnie inny, niż pistolety, z których strzelał ojciec. Dlaczego wcześniej tego nie zauważyłam?
Obcy zniknął w mrokach domu, a ja powoli odwróciłam głowę. Niemal pisnęłam, gdy zobaczyłam obok siebie niemal identyczny kask, jaki posiadał tamten psychopata. Zadrżałam mimowolnie, a moje serce znów podjęło szaleńczy galop.
– Zaraz zwymiotuję – wyszeptałam, a wtedy on zabrał rękę z mojego pasa i stanęłam pewniej na nogach.
Pochyliłam się, opierając dłoń o najbliższe drzewo i wzięłam kilka głębokich wdechów. Nim zdążyłam zupełnie spanikować, rzuciłam się przed siebie z nadzieją, że jeden z mężczyzn mnie nie zauważy, a drugi nie złapie. Uświadomiłam sobie, jak błahe były to nadzieję, gdy ostry ból przeszył moje udo, a twarzą zaryłam w liściach. Przekręciłam się na plecy i chwyciłam za nogę, ale tylko sprawiłam sobie tym więcej cierpienia. Zacisnęłam zęby, starając się odczołgać jak najdalej. Krew spływa po mojej skórze i skapywała na ziemię, przez co znów zaczęłam płakać.
Dopiero gdy nastała cisza, a nade mną stanął jeden z mężczyzn, dotarło do mnie, że strzelali do siebie nawzajem. Podniosłam głowę, chcąc sprawdzić, z którym przyszło mi się mierzyć i odetchnęłam z ulgą, gdy ten przede mną zarzucił broń na plecy, żeby bez słowa podnieść mnie z ziemi.
– W bagażniku mam apteczkę. – Wskazałam drżącą dłonią na terenówkę ojca.
– Mówiłem, że nie zrobię ci krzywdy. Widziałaś go. – W głosie mojego obrońcy wyraźnie pobrzmiewała złość. – Wy ludzie jesteście naprawdę głupi.
Zamrugałam zdezorientowana, gdy postawił mnie na nogi. Wpatrywałam się w niego, nie rozumiejąc, co miał na myśli, a może po prostu nie chciałam przyjąć do wiadomości tego, co podsuwał mi umysł. Z jednej strony mogłam zrzucić moje domysły na wypity alkohol, ale z drugiej adrenalina, która wciąż krążyła w moich żyłach, sprawiła, że zupełnie wytrzeźwiałam.
– Kim jesteś? – Głos mi się załamał i jęknęłam, gdy cofnęłam się o krok.
– Krwawisz – rzucił, zupełnie ignorując moje pytanie. Otworzył bagażnik, po czym po prostu mnie w nim posadził. Chwycił czerwone pudełko i wysypał jego zawartość.
– Kim jesteś? – powtórzyłam, zaciskając dłonie w pięści. – Bo domyślam się, że nie człowiekiem. A tamten? I czego chciał? Czego ty chcesz?
– Za dużo pytań. – Odwrócił głowę w moją stronę, po czym kawałkiem gazy wytarł krew.
– Nie! – Odepchnęłam jego rękę, starając się zignorować ból, który rozchodził się falami od rany na nodze. – Chcę wiedzieć, kim jesteś.
Odrzucił poplamiony materiał na ziemię i nawet nie starał się ukryć złości. Rozejrzał się dookoła, powiedział coś w nieznanym mi języku, po czym przyłożył dłonie do własnej szyi. Usłyszałam ciche pstryknięcie, a w kolejnej sekundzie wpatrywałam się w twarz obcego.
Gwałtownie przesunęłam się do tyłu, przez co krzyknęłam z bólu, bo zawadziłam nogą o karoserię auta.
– Zrobisz sobie jeszcze większą krzywdę. – Spojrzał mi prosto w oczy i nawet nie mrugnął. Przysłoniłam usta dłonią, a po moich policzkach znów popłynęły łzy. – Powtarzam kolejny raz, że nic ci nie zrobię. Chcę ci tylko pomóc.
– Boli. – Pokręciłam głową, chcąc zaprzeczyć, że płaczę przez niego. Może i jego wygląd mnie przerażał, ale w tamtej chwili schodziło to na dalszy plan.
Jego wzrok przeniósł się na ranę, a napięcie z twarzy zniknęło. Przynajmniej tak mi się wydawało, bo co niby mogłam wiedzieć o mimice kosmitów, przecież ja nawet nie wierzyłam w ich istnienie, a tu jeden zabierał się za opatrywanie mojej nogi.
– Będzie bolało jeszcze bardziej. – Położył kask na ziemi i znów chwycił gazę. Gdy wycierał krew, ja wpatrywałam się w jego czarne oczy z kocią źrenicą w kolorze lawy. – Co?
– Mogę... – Przygryzłam wargę i na moment spuściłam wzrok, ale gdy znów na niego spojrzałam, on wpatrywał się we mnie wyczekująco. – Mogę dotknąć?
Uniosłam dłoń, ale zatrzymałam ją kilka centymetrów od jego twarzy. Korciło mnie, żeby sprawdzić jaką miał skórę w dotyku, czy twardą i szorstką, jak można by sądzić po kolorze grafitu, który przywodził na myśl kamień.
– Nie.
– No weź. Ty mnie dotykasz. – Spojrzałam wymownie na już zabandażowaną nogę.
– Krwawiłaś. Pomogłem ci, a nie chciałem traktować jako eksperyment. – Chwycił kask i już chciał go założyć, ale przytrzymałam się jego ramienia, zeskakując na ziemię, co nie obeszło się bez głośnego jęknięcia. – Jeszcze kilka minut temu byłaś przerażona.
– Nadal jestem. – Wzięłam głęboki wdech. – Tak reaguję na stres. Poza tym nie chcesz mnie skrzywdzić, tak? A mi znacznie łatwiej, gdy zajmę myśli choćby tobą, niż trupem leżącym na ganku i dziurą w nodze.
– Dziwna jesteś. – Przekrzywił delikatnie głowę. – Za grosz instynktu zachowawczego.
– A ty jesteś niemiły. Nawet się nie przedstawiłeś. – Uniosłam dumnie głowę, jednocześnie zakładając ręce na piersi.
– Nie nadwyrężaj nogi, jeszcze sporo musisz przejść. – Wcisnął kask na głowę, po czym ruszył przed siebie. – Na imię mi Ansel.
– Liana – rzuciłam, po czym pokuśtykałam za nim. – Chciałabym zmyć krew.
Zdawało mi się, że westchnął, ale bez słowa skręcił w stronę jeziora. Ostrożnie położyłam się na pomoście, uważając, aby nie urazić rany. Skrzywiłam się, gdy w ciemnej tafli zobaczyłam własne odbicie. Mój wygląd doskonale odzwierciedlał to, jak się czułam. Z każdą sekundą zmęczenie dawało się coraz mocniej we znaki, a adrenalina stopniowo opuszczała moje ciało, pozostawiając miejsce na strach i niepewność.
Umyłam dokładnie ręce i twarz, a nawet udało mi się zmyć krew z uda, nie sprawiając sobie tym większego bólu. Podźwignęłam się na nogi, a raczej na jedną nogę, bo lewa w zaistniałej sytuacji nie nadawała się do czegokolwiek.
Wzdrygnęłam się, gdy deski zatrzeszczały. Gwałtownie odwróciłam głowę, a Ansel zatrzymał się w pół kroku.
– W porządku?
– A jak myślisz? – rzuciłam cynicznie. – Moja siostra i przyjaciele zniknęli, nawet nie wiem czy żyją, zostałam postrzelona, a towarzyszy mi kosmita. Tak, zdecydowanie wszystko jest w jak najlepszym porządku.
– Twoim przyjaciołom nic nie jest. Są w drodze do punktu ewakuacyjnego. – Otworzyłam już usta, chcąc zasypać go pytaniami, ale ubiegł mnie. – Znaleźliśmy sześć osób, powiedzieli, że ty zostałaś, dlatego tu jestem. Jeśli przez to będziesz spokojniejsza, to wszyscy są cali i zdrowi.
– Skąd ta pewność, skoro jesteś tutaj? – Zmrużyłam oczy, przyglądając się mu podejrzliwie.
– Cały czas mam z nimi kontakt. – Uniósł lewą dłoń wewnętrzną stroną w moim kierunku. Pośrodku rękawicy znajdował się jakiś przycisk. – Dzięki temu, gdy mówię, mój oddział mnie słyszy.
– A ty ich? – Przesunęłam się kawałek do przodu, przygryzając policzek od środka, a Ansel skinął w potwierdzeniu głową. – Co z Octavią?
Wpatrywałam się w mężczyznę, gdy zgiął dwa palce, które dotknęły pięciokątnego przycisku i zaczął mówić. Jego rozmowa, a dla mnie monolog, trwała zaledwie kilka minut, w czasie których nawet na ułamek sekundy nie odrywałam od niego wzroku.
– Nic jej nie jest. Martwi się tylko twoim stanem.
– A to coś nowego. – Uśmiechnęłam się ironicznie, po czym pokuśtykałam przez pomost.
– Mówisz tak, jakby u was więzy rodzinne były czymś zaskakującym.
– Są różne sytuacje. Ostatnim czasem się nam nie układa. – Spojrzałam na Ansela przez ramię. – A właściwie skąd to wiesz? I dlaczego znasz mój język?
– Uczyłem się o was. – Przeszedł obok mnie, po czym pomógł mi wejść pod górkę. – A nauka języka zajmuje kilka waszych minut. Znam wszystkie te, których używacie na Ziemi.
– Niby jak to możliwe? – Zmarszczyłam brwi, zupełnie nie rozumiejąc, o czym on tak naprawdę mówił. W porządku, mógł potrafić i wiedzieć więcej, skoro pochodził z innej, ponoć bardziej rozwiniętej planety, ale nauka języka w chwilę? Nie, to po prostu nie mieściło mi się w głowie, choć z drugiej strony wydawało się naprawdę ciekawe. – Ja uczyłam się hiszpańskiego przez trzy lata i potrafię powiedzieć tylko Hola! Me llamo Liana.
– Ludzkie mózgi nie są w pełni wykorzystywane. Używacie tyle ile potrzebujecie, a reszta jest uśpiona. Gdy przejdziesz przebudzenie będziesz potrafiła mówić płynie w języku hiszpańskim i każdym ci znanym, ale też Zjednoczonych Galaktyk, który swoją drogą zna każda sprzymierzona jednostka we wszechświecie.
– Będziecie na mnie eksperymentować? – Zatrzymałam się, czego Ansel w pierwszej chwili w ogóle nie zauważył.
Stałam jak wryta i starałam się przyswoić wszystko to, co mi powiedział, a jakaś część mnie podpowiadała, że to tylko niewielki kawałek góry lodowej, która zmierzała w moim kierunku, żeby mnie zmiażdżyć nadmierną dawką informacji. Zadrżałam na samą myśl, że ktoś mógłby grzebać w mojej głowie, nawet jeśli chodziło o poprawienie wydajności mózgu. Zdecydowanie wolałam nie znać języków, niż pozwolić na szperanie w moich myślach.
– To nie są eksperymenty. – Ansel stał pomiędzy wysokimi drzewami skierowany przodem do mnie. – Każdy, z ocalonych planet, przez to przechodzi. Przebudzenie pomaga nam w utrzymaniu pokoju i ogólnym porozumiewaniu się. Niestety wy jesteście jedną z bardziej zacofanych cywilizacji, a przez to i agresywniejszych.
– Po czym to wnioskujesz?
– Gdybyś wtedy miała broń, wysłuchałabyś mnie, czy strzeliła? – Otworzyłam usta, ale zamknęłam je z powrotem, bo do tarło do mnie, że nie chciałabym go słuchać. – Właśnie. Nie przyjmujecie do świadomości, że nie jesteście jedynymi myślącymi istotami, a na dodatek reagujecie złością, gdy okazuje się, że są znacznie mądrzejsi od was.
– Jesteś niesprawiedliwy – odparłam oburzona. – Mierzysz wszystkich jedną miarą, a przecież każdy jest inny.
– A jakie ma to znaczenie, skoro każdy z was reaguje w ten sam sposób? Jesteście samolubnymi stworzeniami. – Po tych słowach Ansel się odwrócił i ruszył dalej w las.
Chciałam zaprzeczyć jego poglądom, ale nie potrafiłam, bo miał rację. Sama w pierwszym odruchu uciekłam, zostawiając Octavię i przyjaciół, a dopiero gdy pierwszy szok minął, przypomniałam sobie o nich. W tamtym momencie byłam egoistką i doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. Ale nie umiałam stwierdzić, czy wtedy wybierałam świadomie, czy zadział instynkt przetrwania.
Wzięłam głęboki wdech, po czym skierowałam się w stronę, gdzie w ciemności zniknął mi z oczu Ansel. Jeszcze tego mi brakowało, żebym zgubiła się w lesie, szukając zarozumiałego kosmity, który jak na złość nie zamierzał za mną poczekać, tylko parł do przodu.
W końcu się poddałam. Każdy krok sprawiał mi coraz większy ból, a po nodze spływała kolejna strużka. Dotknęłam palcami bandaża i uniosłam je na wysokość twarzy. Nawet mimo panującego wszędzie półmroku, widziałam na opuszkach świeżą krew. Oparłam się o najbliższe drzewo i przymknęłam na moment oczy. Musiałam chwilę odpocząć.
Szarpnięcie wyrwało mnie z płytkiego snu. Podparłam się rękoma o ziemię i zamrugałam zdezorientowana. Wpatrywałam się w grafitową twarz, nie wiedząc, co się tak właściwie wydarzyło. Ansel pomógł mi usiąść i dopiero wtedy dotarło do mnie, że zasnęłam i wylądowałam na suchych liściach.
– Mogłaś powiedzieć, że chcesz odpocząć. – Wyciągnął coś z kieszeni, która znajdowała się na jego kombinezonie i podał mi to. – Zjedz.
– Nie zdążyłam. – Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, po czym z uwagą przyjrzałam się czemuś, co przypominało czarną gumę do żucia. – Co to jest?
– Energia. – Taki sam listek wsadził do swoich ust i przeżuł. – Wszystko to, co organizm potrzebuje do funkcjonowania.
– Przecież nasze organizmy są inne – zauważyłam przytomnie, ale ugryzłam kawałek tego czegoś, co w smaku przypominało cytrynę i migdał, a w konsystencji faktycznie było jak guma.
– Wbrew pozorom są bardzo podobne. – Uśmiechnął się lekko, gdy wsadziłam resztę do buzi. – Nasze łańcuchy genetyczne różnią się w niewielkim stopniu, ale to wystarcza, żeby istniały różne gatunki. Zresztą takich kombinacji jest znacznie więcej. Mój oddział liczy pięć jednostek, a każda pochodzi z innej planety. Ja jestem lavianinem, jest też latianin, metriana, izadrian i nox.
Przekrzywił głowę, przyglądając się zakrwawionemu bandażowi, po czym z innej kieszeni wyciągnął jakiś materiał, który po rozłożeniu przypominał zwykłą chustę. Ściągnął rękawice, a następnie przesunął się bliżej mnie, żeby mieć lepszy dostęp do nogi.
– I żadne z was nie ma macek? – zapytałam, nie spuszczając wzroku z jego dłoni, które w blasku księżyca przypominały kolorem po części zastygłą lawę.
– Z tego co mi wiadomo, to nie. – Spojrzał na chwilę mi w oczy, po czym wrócił do zawijania chusty. – Niedobrze, że nie przestaje krwawić.
– Bo trzeba to zaszyć. Samo z siebie nie przestanie. – Ansel uniósł wysoko białe brwi, co potraktowałam jako pytanie, że niby skąd ja, głupie stworzenie, wiem takie rzeczy. – Mój tata jest żołnierzem, nasłuchałam się i naoglądałam. Chciał, żebym poszła w jego ślady, ale jakoś nie bawiło mnie bieganie po poligonie. Ałć! – Odruchowo uderzyłam Ansela otwartą dłonią w ramię, gdy zacisnął materiał na mojej nodze.
– Obecnie musi wystarczyć to. W kolonii zajmą się tym porządnie. – Odsunął się ode mnie, po czym założył rękawice. – Nie wydaje mi się, żebyś nadawała się na żołnierza.
Zamrugałam szybko i przez chwilę błądziłam spojrzeniem po jego twarzy. Nic nie mogłam poradzić na to, że przerażenie, które początkowo czułam na jego widok, zamieniło się w fascynację i przez to ciężko mi było oderwać wzrok.
– Skąd taki wniosek? – Przesunęłam się delikatnie w tył, żeby oprzeć się wygodniej o drzewo, o ile chropowata powierzchnia w ogóle mogła nosić miano wygodnej.
– Twoje fale mózgowe są... przyjemne. – Odgarnął białe włosy z czoła i sięgnął po swój kask, co oznaczało, że zaraz ruszymy dalej, a rozmowa dobiegnie końca. – Gdyby w odpowiedni sposób cię ukierunkować, to lepiej sprawdziłabyś się w pomaganiu innym istotom, niż w ich zabijaniu.
– Jeszcze niedawno mówiłeś, że jestem agresywnym gatunkiem i bez oporów strzeliłabym do ciebie – odparłam raczej nieprzyjemnym tonem.
– I nadal tak twierdzę, ale nie jesteś jednoznaczna. Masz w sobie dużo... wy mówicie na to dobro. – Wstał z ziemi i wcisnął kask na głowę, po czym pomógł mi wstać. – I zaskakująco dobrze znosisz moją obecność, choć wciąż myślisz o mnie jak o kosmicie.
– Bo nim jesteś – prychnęłam pod nosem, a on w odpowiedzi się zaśmiał.
– Tak jak i ty dla mnie. – Chwycił moje ramię, gdy zachwiałam się niebezpiecznie, bo noga dosłownie się pode mną ugięła.
– W sumie masz rację. – Westchnęłam ciężko i ruszyłam powoli przed siebie. – Choć nie podoba mi się, że wiesz jakie mam fale mózgowe. I nie ma znaczenie, że są przyjemne.
– To akurat nic niezwykłego. W ten sposób dobieramy się w pary. Sprawdzamy wzajemnie kompatybilność fal i wiemy, czy uda się nam stworzyć zgodny związek, aby mieć potomstwo.
– Żartujesz sobie? – Rozszerzyłam oczy do granic możliwości. – A gdzie uczucia?
– Raczej mało jednostek praktykuje tę formę.
– I tak sobie latasz po galaktyce i sprawdzasz mózgi, żeby sobie dziewczynę znaleźć? – Pokręciłam z niedowierzaniem głową.
– Nie, nie latam. W moim oddziale jest metriana, z którą mamy osiemdziesiąt trzy procent kompatybilności.
– I ta metriana, jak mówisz, jest twoją dziewczyną?
– Nie. – Spojrzał przelotnie na mnie. – Jeszcze się nie zdeklarowałem.
– Skoro macie taki duży procent, to dlaczego nie? Bo przecież nie chodzi o uczucia.
– Nie potrafię tego określić. – Wzruszył ramionami. – Coś jest w jej falach mózgowych, co mi nie do końca odpowiada.
– Nie są przyjemne? – Zaśmiałam się pod nosem.
– Można tak powiedzieć.
– A ile ja mam tej spójności z tobą? – palnęłam zanim zdążyłam ugryźć się w język, a na moje policzki wypływa rumieniec. – Tak z ciekawości.
– Niecałe trzydzieści sześć procent.
Nie wiedzieć dlaczego, poczułam się dotknięta tym wynikiem. Nie uważałam się za najlepszą partię pod słońcem, może czasami moja samoocena szwankowała, ale ogólnie uznawano mnie za całkiem znośną i dającą się lubić dziewczynę, a okazywało się, że nie nadawałam się nawet dla kosmity.
Na drugie powinnam mieć porażka, a nie Felicity.
Cała ochota na dalsze wypytywanie Ansela zniknęła. Wolałam iść za nim i już w ogóle się nie odzywać, niż znów usłyszeć, że byłam tylko agresywnym i samolubnym stworzeniem o niskim ilorazie inteligencji.
Wzięłam głęboki wdech, po czym wypuściłam powoli powietrze. Miało mi to pomóc odegnać wszystkie myśli związane z tym, jak postrzegał mnie Ansel, ale zdawało się, że nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów. Skupiłam się więc na swoim samopoczuciu i z zaskoczeniem odkryłam, że zmęczenie ustąpiło, co prawdopodobnie zawdzięczałam tajemniczemu listkowi od Ansela. Ból nogi trochę zelżał, choć może już po prostu przywykłam i nie zwracałam na niego aż takiej uwagi.
W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie znajdowała się niewielka polana, ale nikogo na niej nie widziałam. Moje serce zabiło na alarm, a w ustach zaschło. Podparłam się ramieniem o drzewo, chcąc odciążyć trochę nogę, po której znów spływała krew.
Ansel rozglądał się dookoła i mówił coś w języku, którego ponoć miałam się w przyszłości nauczyć. Gdy skończył rozmawiać, odwrócił się w moją stronę i znieruchomiał, a mi po plecach przebiegł zimny dreszcz. Wyczułam za sobą ruch, ale zareagowałam za późno. Coś wbiło się w moje plecy i wyszło przez klatkę piersiową w okolicach serca. Przez całe ciało przetoczyła się tak ostra fala bólu, że nawet nie mogłam krzyknąć. W momencie, gdy przedmiot został wyszarpnięty, tuż obok mojej głowy przeleciał pocisk. Upadłam na kolana i zamrugałam zdezorientowana, bo już nic nie czułam. Spojrzałam w dół, a na niebieskiej koszulce pojawiła się niemal czarna plama, która powiększała się z każdym kolejnym uderzeniem serca.
Podniosłam wzrok na Ansela, który biegł w moją stronę, krzycząc, ale nie rozróżniałam słów. Nawet nie umiałam określić w jakim języku mówił. Po drodze ściągnął kask, a gdy znów mrugnęłam klękał obok mnie i przyciskał dłoń do mojej piersi.
Otworzyłam usta, ale on tylko pokręcił głową. Siły opuszczały mój organizm razem z kolejnymi kroplami krwi, które wsiąkały w ziemię i plamiły Ansela, choć zdawało się, że on nie zwracał na to najmniejszej uwagi. Wciąż podtrzymywał moją głowę i dociskał rękę do rany, co rusz spoglądając na niebo. Powędrowałam za jego spojrzeniem i uśmiechnęłam się delikatnie. Gwiazdy błyszczały i bez problemu można było odczytać konstelacje.
Lubiłam patrzeć w nocy na niebo, choć nigdy nie spodziewałam się, że poznam jednego z mieszkańców obcej planety, a w dodatku okaże się dość sympatycznym kosmitą.
– Nie zasypiaj! – Ansel potrząsnął mną, lecz nie potrafiłam się zmusić do otwarcia oczu.

W jednej chwili ogarnęła mnie błogość. Chłód, który wdzierał się do żył, zamienił się w przyjemne ciepło, a panująca wokół cisza pieściła zmysły. Gdy mrok pod powiekami ustąpił miejsca światłu, z moich ust wydobył się ostatni wydech.

Pierwszy dzień wakacji

Usiadłem wygodnie na kanapie przed telewizorem, trzymając miskę z ramyeonem i włączyłem jakiś film. Cisza, spokój. Tylko ja, jedzenie i kino akcji. W końcu mogłem odpocząć w samotności. Cała noc miała być moja. A przynajmniej tak mi się wydawało. Ledwo zjadłem swój ciepły posiłek, gdy rozbrzmiał się dźwięk mojej komórki. Po dzwonku już wiedziałem, że to Hyon. Leniwie sięgnąłem po telefon i odebrałem połączenie.
– Śpię już – rzekłem chociaż kumpel wiedział, że kłamię. Z resztą też nie siliłem się na wiarygodny ton.
– Raczej porno oglądasz, zboczeńcu – odparł bez ogródek. W tle słyszałem jakieś odgłosy typowe dla miasta, więc od razu zorientowałem się, że musiał być poza domem. Zaraz się domyśliłem, dlaczego zadzwonił do mnie.
– Z tobą w roli głównej. Nawet ciekawe – odpowiedziałem, próbując, aby mój głos brzmiał całkiem poważnie. – Gdzie leziesz?
– Do ciebie, byś miał porno na żywo. Wiem, że tego chcesz – powiedział zalotnym głosem, ale zaraz oboje zaśmialiśmy się. Pokręciłem tylko głową. Dobrze, że tego nie widział, chociaż z drugiej strony, jakby był obok to by oberwał.
– Idiota – mruknąłem rozbawiony. – Pytałem się, gdzie leziesz, dupo wołowa?
– No mówię, że do ciebie, perwersie. Tylko weź się ubierz, bo… – urwał w połowie, a ja zacząłem bacznie się przysłuchiwać. – Cholera – mruknął. Od razu wyczułem, że coś się musiało stać. Ton głosu Hyona wskazywał na jego podenerwowanie.
– Co się stało? – zapytałem, niezmiernie ciekawy, czekając z niecierpliwością na odpowiedź. Już sobie dopowiadałem, że może spotkał swoją byłą i nie miał gdzie się ukryć, bo go zobaczyła. Z całą pewnością takie zetknięcie nie należało do najmilszych dla mojego kumpla.
– Później ci powiem – rzekł krótko po czym rozłączył się. Jak zawsze zostawiając mnie w niewiedzy, która mnie wręcz zżerała od środka. Nienawidziłem Hyona za to, bo bardzo często najpierw podsycał moje zainteresowanie, a ostatecznie zostawiał mnie z moimi domysłami i długo musiałem czekać, aby dowiedzieć się prawdy. I za każdym razem miałem ochotę skopać mu za to dupę. Jakby ciężko było od razu wszystko wyśpiewać, ale nie… On musiał najpierw pokazać mi ciastko, pokusić nim i pomachać przed nosem, a potem albo je schować, albo samemu zjeść na moich oczach. I weź tu człowieku z nim wytrzymaj.
Westchnąłem ciężko podnosząc się niechętnie z kanapy i poszedłem do mojego pokoju. A raczej klitki, bo ledwo mieściło się w nim łóżko i niewielka szafa. Do tego ściany miały okropny niemalże sraczkowaty odcień i to mnie wręcz odrzucało za każdym razem, ale jakoś nie mogłem znaleźć czasu choćby na kupno farby. Chociaż w zasadzie to i chęci mi brakowało, ale nie miałem zamiaru mieszkać tu zbyt długo. Było ono zdecydowanie za małe nawet na jedną osobę. Albo to ja się dusiłem, mając swoją wersję klaustrofobii.
Nie musiałem nawet zapalać światła, bo wiedziałem dokładnie, gdzie leżą moje ubrania. Całe też szczęście, że miałem na sobie jedynie bokserki. Mniej roboty ze ściąganiem z siebie ubrania, a jedynie musiałem coś na siebie założyć. Wróciłem do pokoju połączonego z kuchnią i położyłem się na kanapie, czekając na przyjaciela. Oglądałem film coraz bardziej znudzony, spoglądając co chwila na zegarek. Nie miałem pojęcia, gdzie dokładnie był Hyon, ale jak minęło pół godziny to zacząłem się niepokoić. Przecież nie miał ode mnie zbyt daleko. Mieszkał jakieś góra dwadzieścia minut drogi od mojego mieszkania. Rozważałem też, że może szedł z jakiejś knajpy, ale jak minął jeszcze kwadrans byłem coraz bardziej niespokojny. Sięgnąłem po komórkę i wybrałem jego numer. Jednak nim usłyszałem drugi sygnał, ktoś zadzwonił na domofon. Rozłączyłem się, energicznie podrywając z kanapy. Bez namysłu wcisnąłem przycisk, aby wpuścić kumpla na klatkę. Wyjrzałem przez judasza, czekając aż pokaże mi się ta menda i będę mógł już od progu zrobić mu wyrzuty za spóźnienie.
Słyszałem, jak ktoś pośpiesznie wbiegał po schodach, a nawet miałem wrażenie, że było kilka osób. Domyśliłem się, iż Hyon musiał zgarnąć kogoś po drodze do wspólnej zabawy. Otworzyłem drzwi, gdy kroki były coraz bliżej, ale jak tylko zobaczyłem kogo tak naprawdę wpuściłem, od razu chciałem trzasnąć drzwiami, ale miałem za słaby refleks. Za długo stałem osłupiały, a trójka dobrze znanych mi gnojków od razu wparowała mi do mieszkania. Nie wiedziałem, co się dzieje i dlaczego mnie odwiedzili. Jedynie przeczuwałem, że Hyon wpadł w niezłe kłopoty, a przez to i ja.
– Ej no, panowie, tak nie można. W środku nocy robić komuś nalot na chatę? – zagadnąłem pół żartem, aby trochę załagodzić napiętą atmosferę. Te trzy typki nie wyglądali wcale przyjaźnie, a jeden łypał na mnie spode łba i oboje dobrze wiedzieliśmy dlaczego. Uśmiechnąłem się do niego sztucznie, coby to trochę powkurzyć. – O, zoperowałeś sobie nos? Wiesz co, wtedy wyglądałeś znacznie lepiej, jak miałeś lekko trzaśnięty.
– Myślisz, że jesteś zabawny? – odparł z kpiną w głosie.
– Właściwie to tak – uśmiechnąłem się chytrze, ale ta chwila nie trwała długo. Niespodziewanie jeden zaatakował mnie, próbując zadać cios, ale szybko schyliłem. Co jak co, ale refleks miałem najlepszy. Problem polegał na tym, że ich było trzech, a ja jeden, w dodatku mieli paralizator, którym mnie zaraz porazili. Prąd oraz ból przeszedł przez moje ciało. Skrzywiłem się za wszelką cenę próbując nie wydać z siebie żadnego dźwięku cierpienia. Nie miałem zamiaru dawać im tej satysfakcji, ale nie miałem szans, gdy jeden podciął mi nogi. Leżałem na podłodze i jeszcze starałem się chociaż dorwać jednego, aby przestał okładać mnie pięściami, ale zaraz drugi psiknął mi prosto w twarz tak ostrym gazem pieprzowym, że z trudem mogłem złapać powietrze. Oczy zaczęły piec mnie niemiłosiernie i strasznie łzawić. Zakryłem twarz dłońmi, walcząc o każdy kolejny oddech. Założyli mi coś na głowę, związali czymś ręce, a potem zmusili mnie do wstania, choć ja wciąż dusiłem się przez ten cholerny gaz. Gdybym tylko doszedł do siebie, to byłoby już po nich. Poczują, co to mój gniew.
O mało nie spadłem ze schodów. Coraz bardziej nie wytrzymywałem, a moja granica cierpliwości z każdą chwilą pękała, jednak powstrzymałem się, gdy usłyszałem coś, czego nie chciałem wiedzieć. Jedynie to powstrzymało mnie od całkowitego wybuchu.
– Spokojnie. Zaraz spotkasz się ze swoim kochasiem – zakpił jeden przy moim uchu, po czym wpakowali mnie do bagażnika. Luksusy to nie były, ale pal licho to śmierdzące stęchlizną miejsce. O jakim kochasiu on gadał? Jedyną osobą, która przychodziła mi do głowy, był Hyon, chociaż nie miałem pojęcia, czemu te skurwiele tak myśleli. W każdym bądź razie mogłem przypuszczać, że dlatego ta pierdoła się wtedy wystraszył. Ci chuje go zapewne złapali, a potem przyszli po nie. Świetnie. Jak tylko spotkam swojego kumpla to skopię mu dupę za wpakowywanie siebie i mnie w kłopoty. Ile ja już razy mu mówiłem, by odpuścił, by nie zadawał się z nieodpowiednimi ludźmi. Ta menda mnie nigdy nie słuchała. Dostanie porządny wpierdol ode mnie.
Samochód ruszył, a ja miałem coraz bardziej dość tego cholerstwa na mojej głowie i tego okropnego smrodu i pieczenia przez gaz. Nie mówiąc o paralizatorze. Oj, doigrali się. Byłem coraz bardziej wkurzony, ale nie mogłem stracić panowania nad sobą. To jeszcze nie był czas. Musiałem dowiedzieć się, co takiego zrobił Hyon, że go zgarnęli i jakoś razem się z tego wyplątać. Przecież nie mógłbym go tak zostawić.
Cierpliwie czekałem aż w końcu dojechaliśmy na miejsce i wyciągnęli mnie z bagażnika. Poczułem świeże powietrze, ale tylko przez chwilę, bo zaraz kazali mi iść. Przez materiał niewiele mogłem zobaczyć. Słyszałem jakieś rozmowy po Japońsku, a że w szkole niezbyt przykładałem się do tego języka, mogłem wyłapać jedynie pojedyncze słówka. W pewnym momencie posadzili mnie na krześle. Miałem dziwne wrażenie, że ktoś był obok mnie i nie myliłem się. Gdy tylko ściągnęli mi to coś z głowy, spojrzałem w prawo i zobaczyłem Hyona. Widać oberwał trochę po swojej buźce, ale chyba i tak wyglądał lepiej ode mnie. A przynajmniej tak podejrzewałem.
– Aish – odezwałem się, wzdychając ciężko i mierząc go wzrokiem, chociaż przez wilgotne oczy nie mogłem widzieć wyraźnie. – Coś ty narobił, chuju?
– Wybacz, pizdo, ale nie moja wina, że i ciebie zabrali – odparł Hyon. Nie wyczułem, aby czuł się chociaż trochę winny.
– Coś odwalił? – zapytałem cicho i rozejrzałem się. Musiał to być jakiś stary hangar, który sobie zbiry przerobili na kwaterę główną. Akurat większość z nich stała wokół stołu, nad którym wisiała lampa. Zerknąłem przez ramię, a za nami stało dwóch chudych Japończyków w garniakach, pilnujących wyjścia. Oby tylko nie mieli gazu pieprzowego, bo na dzisiaj miałem go dość. – Nie mów mi tylko, że to yakuza, bo cię kopnę w jaja – powiedziałem szeptem. Z kim jak z kim, ale z yakuzą nie chciałem mieć nic do czynienia. Wystarczyło mi jedno spotkanie w zeszłym roku z jednym od nich, aby przekonać się, że te sukinsyny się nie bawią w nic.
– Spróbuj – zachęcił Hyon. – Trzeba obmyślić jakiś plan.
– Siedziałeś tu chyba wystarczająco długo, aby na jakiś wpaść – powiedziałem, czując zmęczenie fizyczne i psychiczne. – Jakby co jestem pół ślepy, przez pieprzony gaz… pieprzowy.
– Ja też. Nie założyłem soczewek.
– Jaka pierdoła… Aigoo – mruknąłem i dyskretnie rozglądałem się szukając jakiegoś punktu zaczepienia, bezpiecznej drogi ucieczki. I jedynym sposobem było wykradnięcie auta.
– Już nie marudź tak, tylko myśl do cholery – rzekł z dozą irytacji. Jakby to wszystko było moją winą. No cóż… nie był to najmilszy wieczór mojego życia, ale skoro znalazłem się w takiej, a nie innej sytuacji, trzeba wziąć się w garść i jakość wyplątać z tego przeuroczego spotkania. Próbowałem wysilić swoje obumierające szare komórki, żeby jakiś pomysł wpadł mi do głowy. Jednak nim zdążyłem wejść w swój tryb „myśliwca” i wytężyć swój mózg, kumple moich porywaczy zaczęli się głośno sprzeczać. Nagle ich przywódca miał wielkie problemy z obecnością moją oraz Hyona. Tak, jakby to nie był do końca przemyślana decyzja, więc postanowili, że nas gdzieś wywiozą. Miło było z ich strony, że rozmawiają o takich rzeczach w naszej obecności. Byli niezwykle uprzejmi. Chociaż inaczej już potraktowali nas, abyśmy wsiedli do samochodu. Jakiś łysol usiadł za kierownicą, a obok niego śmierdzący fajkami chudzielec. Myślałem, że zaraz zwymiotuję przez ten smród.
Wyjechaliśmy z hangaru. Było tak ciemno, że ciężko było powiedzieć, gdzie dokładnie się znajdowaliśmy, ale wiedziałem jedno, że wywieźli nas na jakieś kompletne zadupie. Zerknąłem na Hyona i dyskretnie szturchnąłem go nogą. Ten spojrzał na mnie i widziałem w jego oczach, że niemalże czyta mi w myślach. W końcu znaliśmy się już na tyle długo, by móc porozumiewać się bez słów. Na znak kumpla, razem zaatakowaliśmy. Ja musiałem niestety opleść szyję swoją ręką tego śmierdziela. A jego włosy wcale nie pachniały lepiej, ale nie mogłem odpuścić, jeśli chciałem wyjść w końcu z tego cholernego bagna. Łysy stracił panowanie nad kierownicą i zaczęło nami nieco rzucać na prawo i lewo, ale trzymałem się twardo, dopóki moja ofiara nie straci przytomności. W końcu facet zahamował i oboje ze swoim towarzyszem próbowali się wyrwać i odwdzięczyć się nam. W akcie paniki wpadłem na pomysł, aby spróbować wydłubać oczy, więc bez dłuższego myślenia tak zrobiłem. Śmierdziel warknął głośno z bólu, ale był twardy, skubany. W końcu dałem mu spokój, ale dosłownie na chwilę, bo zaraz zacząłem pięściami uderzać go w głowę. Ich wina, że mi ręce związali. No i mogłem komuś się odpłacić za ten gaz pieprzowy.
Tak dręczyłem gościa, dopóki nie udało mu się wyjść z auta, a potem otworzył z rozmachem drzwi i wyciągnął mnie siłą na zewnątrz. Przyłożył mi od razu, aż lekko mi pociemniało przed oczami.
– Skurwiel – warknął i chciał znów mnie uderzyć, ale byłem szybszy. Schyliłem się przed atakiem, podciąłem mu nogi i od razu kopnąłem w żebra. A potem znowu, aż zwijał się z bólu, choć widać próbował złapać moją nogę. Zbyt wiele nie myślałem. Chciałem tylko mu dowalić, pozbyć się problemu. Byłem zmęczony. Pragnąłem, aby to wszystko się skończyło i mógłbym wrócić do swojego mieszkania i położyć się spać. Nie umiałem już opanować swoich emocji, które targały mną w tym momencie. Jakaś agresja zaczynała budzić się we mnie i próbować całkowicie zawładnąć. Było to na tyle silne uczucie, że ocknąłem się, gdy Hyon w końcu mnie nieco odepchnął. Inaczej bym pobił śmierdziela na śmierć. Facet leżał ledwo przytomny i cały zakrwawiony. Nawet wybiłem mu zęba i miał teraz przerwę na papierosa. Mógł mi za to podziękować.
Szybko jednak oprzytomniałem i wsiadłem z Hyonem do auta. Ja po stronie pasażera, a przyjaciel za kierownicą, co nie było zbyt dobrym wyjściem, ale to był po prostu impuls. Już bałem się o swoje życie, a czasu na ucieczkę było coraz mniej. Trochę czasu zajęło nam pozbycie się sznurów, którymi były związane nasze ręce, ale się udało.
– Jedziesz! – niemal krzyknąłem, chcąc być jak najdalej od tych nieprzytomnych gnojków. Spojrzałem na kumpla, który trochę się miotał i rozglądał. Przekręciłem mu kluczyk w stacyjce. Silnik odpalił. Miałem nadzieję, że chociaż ruszy.
– Ale jak?! – odparł lekko zdenerwowany.
– Wciśnij gaz!
– Co?! Jak? Czym?
– Pedałem!
– Którym?
– Tym chujowym! – rzekłem, powoli tracąc cierpliwość. Wiedziałem, że to ja od razu powinienem siedzieć za kółkiem. Hyon zawsze wolał motory i nigdy chyba nie jeździł samochodem, dlatego w ogóle nie miał rozeznania. – Sprzęgło, popuszczaj powoli, aż auto ruszy, a potem gazu. Tym pedałem po prawej stronie! – wytłumaczyłem pokrótce, wrzucając pierwszy bieg. Przyjaciel zrobił, co kazałem, ale nie tak jak tego chciałem. Od razu wcisnął pedał gazu, a po moim kolejnym wtrąceniu, wcisnął sprzęgło. W końcu udało się, ale za to jak wyrwał do przodu, to aż wcisnęło mnie w fotel. Musiałem zmieniać mu biegi. Oczywiście za każdym razem tłumacząc, jak powinno się to dobrze zrobić i bez jego pracy nie pójdzie łatwo.
Bałem się o swoje życie. Hyon gnał po tej nierównej polnej drodze. Tylko podskakiwaliśmy przez te dziury, a on nawet nie uważał, aby omijać je. Ważne, że w reszcie oddaliliśmy się od bandziorów i byliśmy wolni. Modliłem się tylko, abym przeżył do poranka. Jazda z Hyonem była chyba bardziej niebezpieczna niż tamci skurwiele. Nie miałem pojęcia, gdzie nas wiózł. Nie znałem tych rejonów, a coś mi mówiło, że będzie coraz gorzej.
– Gdzie my właściwie jesteśmy? – zapytałem, rozglądając się uważnie. Od tego podskakiwania zaczynało robić mi się niedobrze. Mój żołądek był wrażliwy na takie rzeczy, dlatego z daleka unikałem wszelkich kolejek górskich.
– W czarnej dupie, a niby gdzie – skwitował Hyon, który również nie miał dobrego nastroju. – Zaraz gdzieś wyjedziemy – dodał, chociaż miałem wątpliwości, co do tego.
Wjechaliśmy bardziej w jakieś chaszcze, gdzie ledwo już było cokolwiek widać, a po chwili nagle Hyon wjechał w dość spory staw. I to w sam jego środek! Auto utknęło i żadne gazowanie nie pomagało wydostać się.
– No zajebiście – powiedziałem, otwierając drzwi, przez co do środka wlała się woda. Sam chciałem wysiąść z auta i to był mój błąd. Zaraz jak tylko wysiadłem, straciłem równowagę i padłem jak długi. Był to mocny upadek, a okropnie lodowata woda wcale nie była taka przyjemna. Ten wieczór był jednym z moich najgorszych chwil w życiu! Czy mogło zdarzyć się coś jeszcze gorszego? Już chyba wykorzystałem cały limit pecha na dzisiaj! – Kurwa jego mać! – wrzasnąłem, z trudem podnosząc się. Miałem dość. Dość wszystkiego i jeśli ktoś by staną teraz na mojej drodze, to bym chyba wręcz zabił!
Spojrzałem na Hyona, który z trudem wychodził ze stawu, ale przynajmniej był w połowie suchy. Gdy wyszedłem w końcu z tego cholerstwa i podszedłem do przyjaciela, trzęsąc się z zimna, spojrzałem na niego morderczym i zmęczonym wzrokiem. Dobrze, że nie musiałem nic mówić. Wiedział, co mam na myśli, a on pewnie miał to samo zdanie, co ja.
Ruszyliśmy w jakąś stronę, pewnie od dupy strony, ale skąd mieliśmy wiedzieć, gdzie jesteśmy i jak wyjść na prostą. Czy w ogóle kiedykolwiek byśmy wyszli do cywilizacji. Było mi cholernie zimno. Przemokłem do suchej nitki, trząsłem się, jak galareta, a nie mogłem inaczej określić skali wkurzenia, jak pięknym wkurwieniem. W dodatku zaczynałem być głodny i strasznie zmęczony. Czy może być gorzej?
– Może rzeczywiście powinniśmy zamieszkać w jakimś lesie i zbudować domek z patyków. Wtedy nikt nas nie znajdzie – odezwał się w końcu Hyon, przerywając tą napiętą ciszę. Tylko westchnąłem, co uznał za moją odpowiedź, bo zaraz kontynuował: – Ale przynajmniej żyjemy.
Posłałem mu mordercze spojrzenie.
– Ale zaraz ktoś tu zostanie zamordowany – odparłem chłodno, zatrzymując się, bo czułem, że dłużej nie wytrzymam. Byliśmy akurat bliżej jakiegoś lasku i miałem ochotę chwilę odpocząć. – Lepiej zbieraj patyki na swój domek. Muszę ogrzać dupę – rzekłem cicho, zbierając jakieś gałązki. Hyon również wziął się do pracy. Gdy pozbieraliśmy trochę opału, Hyon wyciągnął zapalniczkę i próbował podpalić stary paragon, jaki znalazł w kieszeni swoich spodni. Małe ognisko, ale coś tam się tliło i było odrobinę cieplej, kiedy przykucnąłem. – Brakuje tylko pianek – mruknąłem zmęczonym głosem i spojrzałem na gwieździste niebo. Było piękne, choć to dziwny moment na podziwianie świecących punkcików.
– Muszę się odlać – powiedział Hyon i odszedł trochę, za jakieś drzewo, aby załatwić swoją potrzebę. Nie trwało to długo, bo zaraz usłyszałem jego nieco dziwny głos. – Kyoung…
– Ja się nie przyłączę – odezwałem się, spoglądając w stronę miejsca, gdzie był schowany przyjaciel. – Nawet na to nie licz. Nie jesteś w moim typie. Żadnego bromance’u w lesie.
– Ty pało, mam problem, a nie. Ty tylko o jednym! – skarcił mnie, a w jego głosie słychać było lekkie zdenerwowanie. – Kurwa mać – mruknął z poirytowaniem. – Kyoung…
– Czego znowu? – zapytałem ze znudzeniem.
– Kleszcz przyczepił się do mnie i nie mogę go oderwać – warknął, choć wiedziałem, że nie był zły na mnie, a na samą sytuację. – Ja pierdole… Jak ja mam go usunąć? Jest w chuj mały, że nie mogę go złapać.
Chciałem powiedzieć coś dwuznacznego, ale czułem, że to nie byłyby zbyt odpowiednie słowa na tą chwilę, więc sobie darowałem. Jednak moje myśli od razu podsuwały mi zabawne scenariusze, przez które nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Musiałem chociaż trochę zachować trzeźwość umysłu i pomóc przyjacielowi, ale sam nie wiedziałem jak. Przecież nie poszedłbym do niego i… nie, nawet w moich myślach nie chciałem dokańczać tej wizji.
– Trafił swój na swego – wymsknęło mi się, ale chyba Hyon tego nie słyszał. Może był zbyt zajęty usuwaniem kleszcza z swojego małego przyjaciela. – Przypal go, może puści!
– Tak, już… Chyba muszę do lekarza.
– Ciekawe skąd znajdę ci jakiegoś doktora House’a. Jesteśmy na jakimś zadupiu. Dobra, zapinaj rozporek i próbujemy iść. Może trafimy w końcu do miasta – westchnąłem, czekając na zgodę Hyona, by móc zgasić ognisko i iść dalej.
Kumpel wyszedł z ukrycia z lekkim grymasem na twarzy. Przysypałem piaskiem palące się patyki, po czym ruszyliśmy znowu w wędrówkę. Całe szczęście, że księżyc mocno świecił, to chociaż widzieliśmy cokolwiek.
– To kara za wpakowanie mnie w kłopoty – zerknąłem na Hyona. – Czujesz jak cię gryzie? – zapytałem z cichy, krótkim śmiechem.
– Bardzo zabawne – odparł ironicznie. – Lepiej myśl, jak stąd wyjść albo jak mogę się pozbyć tego dziadostwa. Gdybym chociaż miał telefon, a tak… kuźwa!
Przemilczałem. Tak, byliśmy w czarnej dupie i nie wiedzieliśmy, jak z tego wyjść, ale w końcu po jakimś czasie udało nam się dotrzeć do jakiejś drogi. Szliśmy wzdłuż niej, aż w końcu na horyzoncie nie pojawił się samochód. Im był bliżej, tym większą miałem nadzieję, że w końcu ktoś nam pomoże. Zaczęliśmy machać do kierowcy i krzyczeć z prośbą by się zatrzymał.
I udało się!
Podbiegliśmy do auta i całe szczęście za kierownicą siedział przemiły staruszek, który podwiózł nas do miasta. Chociaż trochę krzywo na nas patrzył, bo dalej byłem mokry i zapewne śmierdziałem okropnie, a Hyon w końcu miał niezłe limo pod okiem i na policzku oraz ranę przy wardze. Jednak nie odmówił pomocy, a gdy dotarliśmy do przedmieścia, gdzie nas wypuścił, podziękowaliśmy i na pieszo ruszyliśmy w stronę najbliższego pogotowia. Trochę minęło czasu nim znaleźliśmy ten budynek, ale się udało. Nad ranem dopiero wyszliśmy, gdzie już słońce wschodziło. Czułem się, jakby mnie żaba przeżuła i wypluła, bo jednak stwierdziła, że jestem bardzo niesmacznym kąskiem. Nie miałem już dłużej siły, aby iść gdziekolwiek, więc powiedziałem Hyonowi, że chociaż na chwilę pójdziemy i usiądziemy na ławeczce. Nie miał nic przeciwko. W końcu sam był wycieńczony.
Westchnąłem ciężko, opierając się wygodnie i przymknąłem oczy, chcąc odpocząć na moment. Chociaż ta cisza mi umilała czas.
– Powinieneś się umyć. Śmierdzisz na kilometr – oznajmił Hyon. Nawet nie chciało mi się spojrzeć na niego i opieprzyć, że wcale nie pachnie lepiej.
Po prostu przemilczałem to, bo już nawet nie miałem siły się więcej niepotrzebnie odzywać. A tą piękną chwilę przerwało dziwne uczucie. Jakby ktoś mnie czymś polewał po nodze. Otworzyłem oczy i spojrzałem w dół. Hyon oczywiście śmiał się cicho, a ja nie wiedziałem już czy mam się bardziej wściec czy mieć już totalnie wyjebane na wszystko.

– Świetnie. Nawet psy mnie olewają. Dosłownie – westchnąłem ciężko, chociaż bardziej powarczałem na swój ciężki los. – Piękny pierwszy dzień wakacji.

Kiedy zabraknie ci hałasu

Trzasnęła drzwiami, aż huk rozległ się po domu. Nikt jednak nie zdołał na nią krzyknąć, bo szybkim krokiem przemknęła po schodach, wędrując na przystanek autobusowy. Och, jak ona by już chciała w końcu się wyprowadzić. Niestety wciąż nie starczało jej na zakup własnego mieszkania. Chociaż odpuściła trochę wyjść ze znajomymi i kupno nowego laptopa, to wciąż musiała szukać dodatkowych zleceń na teksty. Wiedziała że nie uzbiera całej sumy, zanim w końcu nie wytrzyma i zabierze wszystkie rzeczy, nie pojawiając się już nigdy w domu. Jednak zawsze wolała trochę się ubezpieczyć i nie rzucać się na głęboką wodę. Nie wróci z podkulonym ogonem prosić o swój kąt u rodziców. O nie!
Wcisnęła się do zatłoczonego autobusu. Znów zapomniała swoich słuchawek. Teraz mogłaby ukoić swoje nerwy muzyką. Zamiast tego musiała słuchać wrzeszczących dzieci, zapewne jadących do szkoły na zakończenie roku szkolnego. Samo wyjście z domu nie uwalniało ją od hałaśliwego rodzeństwa. Czasem zazdrościła znajomym, że są jedynakami. Wcale nie uważała ich za rozpieszczonych, jak twierdzą stereotypy. Nie musieli słuchać krzyków, jęków, ciągłego marudzenia. Wiecznego: „Pomóż siostrze/bratu”, „Przecież on jest młodszy, jeszcze tego nie umie”, „To tylko dziecko”. A ona pragnęła tylko spokoju. Chwili wyciszenia. Niestety gdy tylko wracała do domu, słyszała te chmarę dzieciaków i ciągłe prośby.
Zbyt gwałtownie pociągnęła za drzwi do wieżowca, w którym pracowała. Niemal zderzyła się z kolegą z pracy. Jednak w ostatniej chwili cofnął się z lekko podniesionymi rękoma, a potem wyminął ją, odwracając się za siebie. Eliza nie zawracając sobie tym głowy, powędrowała do swoje pomieszczenia, gdzie w spokoju mogła oddać się pisaniu artykułów. Położyła torebkę na podłodze i spoczęła w wygodnym, kręcącym się fotelu. Odchyliła głowę i rozchyliła ramiona. Odetchnęła z ulgą, napawając się chwilą spokoju. Przez cienkie, ale jednak ściany, nikt nie mógł jej zobaczyć. A współpracowniczka z którą od niedawna musiała dzielić to pomieszczenie, zapewne poszła na papierosa, jak kolega, którego minęła. Westchnęła, uśmiechając się lekko. Przyzwyczaiła się do Kaśki. Nawet do tego jej potwornego jedzenia, które wyglądało okropnie, a uważała je za zdrowe. Tak jak teraźniejsza dziewczyna, też paliła i to zawsze o stałych porach. Jednak trafiały do siebie z poczuciem humoru, a właśnie to tak bardzo różniło ją od Hanny. Dziewczyna też kompletnie nie potrafiła się zamknąć! Gadała jak najęta i to o wszystkim. Eliza chcąc nie chcąc, znała przynajmniej połowę jej garderoby, codzienny rytuał, kilkunastu sąsiadów, poranny rozkład jazdy autobusów linii 706 i 702, a nawet historię przeglądarki jej „Misia”, jak zwykła określać swojego narzeczonego. Ona naprawdę nie znała umiaru, co do prywatności. Nawet nie zostawiała jej sobie. Na nic się zdały spokojne próby Elizy, aby dała jej spokój. Dziewczyna po prostu nie umiała słuchać. Nawet nie zwracała uwagi czy przytakujesz, odpowiadasz, dopytujesz. Hanna tylko widziała, że jesteś i tyle jej wystarczyło. Toteż Eliza poważnie żałowała, że nie potrafiła nagle zniknąć lub stać się niewidzialną.
W jednej chwili podniosła się i włączyła komputer, bo usłyszała parę kroków za drzwiami. Odetchnęła z ulgą, jednak krzywiąc się lekko. Mimo że to nie szefowa, która ostatnio chodzi jak struta, to towarzystwo Hani również jej nie pasowało. Dziewczyna jednak wcale nie przejmowała się reakcją na swój widok. Chociaż Elizie wydawało się, że nie dostrzega tego. Jak zwykle uśmiechnięta, odsunęła za ucho jasnobrązowe włosy, które jednak ponownie wróciły na miejsce, układając się w fale.
— Nie zauważyłam kiedy weszłaś — odezwała się, siadając naprzeciw.
— Spieszyłam się — rzuciła krótko Eliza, otwierając plik z artykułem, który wymagał jeszcze drobnych poprawek.
— Życie w biegu nie służy — zauważyła ze śmiechem.
— Palenie też nie.
Hania na moment naprawdę się uciszyła. Jednak potem wspomniała coś o tym, że pomaga jej się to uspokoić i tak dalej, ale Eliza totalnie pochłonęła się w wir pracy. Przez te wszystkie lata nauczyła się pracować w hałasie, który kompletnie znienawidziła. Mając dwójkę rodzeństwa, z czego jedno już niańczyło dwoje swoich i to w domu rodziców, spokój nie potrafił się tam zadomowić.
Ostatnie kliknięcie i teraz już musiała czekać tylko na sygnał od szefowej, gdy uzna że należy coś poprawić. Eliza niemal błagała w myślach, aby wszystko jej pasowało. Chciała zabrać się już za kolejne zlecenie, którego nie mogła odstać zanim tutejszy nie zostanie zakwalifikowany. Obawiała się, że zły humor szefowej może wpłynąć na jej niekorzyść.
— Siema. —  Do pokoju wszedł ten sam chłopak, na którego niemal dziś wpadła. Położył parę kartek na biurku Elizy i uśmiechnął się do Hani.
— Co to?
— Materiały na artykuł. Szefowa jest zadowolona z twojego tempa pracy i szczególnie z jakości artykułów — rzucił, odwracając się. — No nic tylko stopy całować i pokłony składać. — Udał że wymiotuje. — Jesteś u nas niecałe pół roku, a ona jest w tobie niemal zakochana, mimo że stawiasz jej się…
— Przynajmniej masz pewność, że nie liże nikomu dupy. — Uśmiechnęła się znacząco, już otwierając kolejny plik, aby zacząć artykuł.
— Skąd masz tyle energii, co? — dopytywał zaskoczony.
— To nie energia, a motywacja — wyjaśniała. — Kurwa mać! — zaklęła, bo znikł obraz monitora.
Od razu pochyliła się, aby sprawdzić gniazdko czy przypadkiem nie odłączyła kabli od kontaktu, ale wszystko wpięte jak należy. Hanna również zauważyła brak prądu.
— Mogliby w końcu pokusić się na UPS—y — powiedziała bardziej do siebie.
— Na co? — Hanna skrzywiła się lekko.
— Awaryjne zasilacze. Obawiam się, że teraz mój komputer znów nie zapisze tego co zaczęłam — marudziła Eliza, siadając z powrotem przy biurku.
— Przyda ci się odpoczynek — stwierdził kolega. — Jakiś masaż czy coś — rzucił, zbliżając się do niej i kładąc ręce na ramionach. — Wiesz ja całkiem nieźle je umiem.
Wzdrygnęła się, czując jego dłonie na sobie.
— Nie potrzebuję — powiedziała szorstko, spinając się cała. — Weź te ręce — wycedziła.
Wziął dłonie do góry i skrzywił się lekko. Odszedł z pokoju, rzucając że tylko chciał być miły.
Czekała w milczeniu aż jej komputer ponownie się włączy. Tym razem Hania, widząc nastrój dziewczyny, w końcu zrozumiała że nie czas na odzywanie się.



Westchnęła, myśląc o podróży w zatłoczonym autobusie, która czeka ją dokładnie za dziesięć minut. Jednak nie mogła teraz myśleć o samochodzie, kiedy to mieszkanie ustawiło się na pierwszym miejscu w hierarchii jej potrzeb. Własny kąt. To jest coś. Nagle poczuła na sobie kilka kropel. Przeklęła w myślach, że wyjęła dzisiaj parasolkę, zanim wyszła z mieszkania.
— Hej, może cię podwieźć? — usłyszała głos Marcina z prawej strony.
Odwróciła się, widząc go przy granatowym aucie. Na jej oko koło peugeota. Zerknęła w stronę autobusu — nie miała daleko. Co więcej autobus nie jechał długo. Przecież też zapłaciła za bilet miesięczny.
— Nie, dzięki. Do autobusu mam niedaleko.
— Do mojego samochodu też — zaśmiał się. Kiedy Eliza nie odpowiadała nic dłuższą chwilę, dodał: — Deszcz cię nie zmoczy. Nie będziesz jechała w tłoku. Unikniesz korków i co lepsze dojście do domu zajmie trzydzieści sekund — próbował przekonać. — No i zapomniałbym o moim towarzystwie. — Puścił do niej oczko.
Pokręciła głową i zasunęła torbę, aby nie zamoczyła się jej zawartość.
— Nie spieszy mi się do domu. Przejdę się, podjadę autobusem — odezwała się — ale dzięki za propozycje — dodała i założyła słuchawki na uszy, odchodząc w stronę autobusu.
— Ech… uparta — mruknął pod nosem. — Twoja strata — dodał bardziej do siebie niż do niej, bo ona nie mogła go już usłyszeć.


Tylko weszła do domu, a czuła się, jakby znalazła się w jakimś równoległym świecie. Krzyk, ryk i zero spokoju. Mnóstwo ruchu i pełno emocji. Nie zdążyła wejść do swojego pokoju, kiedy już mała blondynka niemal przykleiła się do jej nogi.
— Ciociu, Marek mi dokucza —poskarżyła się Justyna na brata.
Na korytarz wbiegł szczupły chłopiec w wieku czterech lat i krótkich, niemal białych włosach. Brudne kąciki ust, od razu rzucały podejrzenie, że mały znów dorwał czekoladę przed obiadem. Eliza tylko westchnęła i próbowała odczepić od siebie siostrzenice, ale gdy tylko ukucnęła, ta od razu się do niej przytuliła.
— Co jej robisz? — rzuciła krótko w stronę siostrzeńca.
— Wzięła mi moją czekoladę — odparł z wyrzutem, naciskając na przedostatnie słowo.
— Nie chciał się ze mną podzielić.
— To jego czekolada i nie musi się nią dzielić. Jego wybór — próbowała wytłumaczyć spokojnie.
— Ale on ją zabrał mamie z szafki — poskarżyła od razu.
— Ona kłamie! — bronił się Marek.
— Jezuuu, Sebastian! — krzyknęła, mając nadzieję, że chłopak siostry już wrócił z pracy.
— Co jest? — zapytał, zanim jeszcze zjawił się tuż przed nią.
— Weź swoje dzieci i załatw ich problemy, dobrze? — odpowiedziała nadzwyczaj spokojnie. — Jestem cała mokra i chciałabym się umyć, zamiast bronić twojej córki i dochodzić kto ukradł czekoladę z szafki Baśki.
— Spoko, spoko. Justyna, Marek. — Skinął na nich głową. Marek potulnie poszedł za ojcem, jednak mała wciąż przytulała się do Elizy.
— Nic ci nie zrobi — przekonywała już całkiem spokojnie.
— Chodź, Justysia. — Sebastian wystawił do niej ręce. To wyraźnie ją uświadomiło, że faktycznie nie się jej nie stanie. Jednak na wszelki wypadek przebiegła całą drogę.
Uniósł ją do góry. Eliza tylko pokręciła głową. Przez to potem kleją się do niej. Czasem marzyła, aby chociaż w jej pokoju ściany były dźwiękoszczelne. Wzięła ciuchy na zmianę i zamknęła się w łazience. Już chciała wejść pod prysznic, kiedy usłyszała pukanie do drzwi.
— Ciociu, siku — zawołała Justyna.
— Przecież jest druga łazienka.
— Maciek tam sra!
Eliza niemal parsknęła śmiechem z bezpośredniości małej. Z niechęcią znów się ubrała i wyszła, wpuszczając Justynę.
Ze schodów zbiegł młodszy brat Elizy, a ona niemal chciała kopnąć w coś. Małej z pewnością nie chciało się iść do łazienki na górę. Następnym razem jej nie wpuści, choćby miała popuścić.
— Mama dzwoniła. Dziadków zalało totalnie — rzucił przez ramię. — Będą musieli zamieszkać z nami.
Zanim Eliza na spokojnie przyswoiła sytuacje i zdążyła sobie przypomnieć dziadka z amnezją, który kiedyś niemal zadusił się gazem, zapominając wyłączyć kuchenki, Maciek zaskoczył ją czymś jeszcze. Poczuła się, jakby przycisnął ją butem do podłogi.
— Dziadkowie mają zamieszkać u ciebie w pokoju, a ty ze mną.
— Co? — Niemal szczęka jej opadła.
Cieszyła się, kiedy rodzice w końcu powiększyli ich dom, a Baśka usunęła się z jej pokoju. W dodatku Maciek nie musiał się krępować i dostał własny kąt. A teraz miało się to wszystko zburzyć?
— Ile to potrwa? — zadała kolejne pytanie, wpatrując się w swojego brata jak w wyrocznie.
— Nie mam pojęcia. Trzeba od nowa zrobić sufit, dach… — wyliczał.
Kiedy drzwi łazienki się otworzyły, Eliza ze złością spojrzała na małą siostrzenice, której chętnie jak za dawnych czasów dałaby klapsa. Mimo że tego nie zrobiła, Justyna uciekła z krzykiem. Maciek wytrzeszczył oczy, odprowadzając ją wzrokiem. Potem zerknął na siostrę pytająco, ale ta tylko machnęła ręką.
— Kiedyś się stąd wyprowadzę — mruknęła tylko.
— Już mi tak powtarzasz od kilku lat. A ja mam siedemnaście lat, a ty dwadzieścia cztery i wciąż się nie doczekałem — zaśmiał się Maciek.
— Boże, wyprowadzę się… — powtórzyła, wpatrując się gdzieś w dal i nawet machanie ręką przed oczyma przez jej brata, nic nie pomogło.
Mieszkać znów z Maćkiem. Koszmar.

Kiedy już w końcu się umyła i weszła do swojego pokoju, zamknęła jak zwykle drzwi i niemal padła na łóżko. Nie przeszkadzało jej, że nie ścieliła go już od tygodnia. Jej nie, ale rodzicom na pewno tak. Jednak nikt nie miał do niego dostępu bez jej wiedzy. Niechętnie otworzyła oczy, słysząc swoją ulubioną melodię, wydobywającą się z jej telefonu. Kasia.
— Cześć — przywitała się zaskoczona.
— Siema, jak się trzymasz? — usłyszała ciepłe brzmienie głosu.
Właśnie teraz nie wiedziała co odpowiedzieć. Choć starała być się chociaż z nią szczera, to jednak nie chciało jej się gadać o tym, że jak nabiera nowych nadziei na lepszą przyszłość, to życie wali ją w twarz.
— Za dużo by mówić.
 — OK… — powiedziała powoli i Eliza już wiedziała, że jej nie wierzy. — Ale może ucieszy cię, że moja znajoma ma do wynajęcia całkiem niedrogie mieszkanie z pokojem, przedpokojem, kuchnią i łazienką?
Oboje wiedziały, że to pytanie retoryczne.
— Jezu, jak? — spytała, a Kasia wybuchnęłam śmiechem.
— Jakaś babka która tam mieszkała wyprowadza się do swojego narzeczonego. Ilona studiuje, więc przyda jej się kasa z wynajmu. Po znajomości masz trochę taniej o ile zechcesz dać jej gwarancje na rok wynajmu.
— Matko, dzięki. Jasne, pewnie — wylewała nieskładnie kolejne słowa. — Jeju! — zapiszczała w końcu, oddając swoją całą radość.
— Daj mi szybko znać, bo już byli pierwsi oglądający. Doślę ci dane Ilony, zadzwoń koniecznie jutro, dobra? — upewniła się, a Eliza automatycznie odpowiedziała twierdząco.
Rzuciła telefon na łóżko i miała aż ochotę krzyczeć z radości. Dostała nowych sił. Może jeszcze zdąży napisać kolejny tekst do pracy?


Najpierw usłyszała radosne okrzyki z ust dzieci swojej siostry, a potem kroki. Mnóstwo kroków. Wyszła niechętnie, aby przywitać się z nowymi lokatorami. Uśmiechnęła się na widok babci, która od razu ją przytuliła. Mimo swojego wieku i wielu zmarszczek na twarzy, starała się jak mogła zatrzymać młodość i wkładała często eleganckie ciuchy. Jednak wcale nie wiązało się to z powagą i małą wylewnością uczuć.
Jej siostra rozkładała talerze na stół przykryty białą w kwiatki ceratą. Na środku już czekała na nich waza z zupą. Kuchnia choć niewielka, zdołała pomieścić wszystkich. Tylko Justyna z Markiem musieli siedzieć obok przy swoim małym stoliku, który wykonał nie tak dawno jej ojciec. Jednak niechętnie do niego siadali, zainteresowani bardziej rozmowami przy większym gronie.
— Liza, daj dzieciakom ciastka. — Mama wystawiła do niej rękę.
Dziewczyna spojrzała z miną cierpiętnika na nią. Dopiero lekki uśmiech i proszący wyraz oczu, zmiękły Elizę. Podała im szybko na stół. Przecież Baśka i Sebastian siedzieli tuż obok. Jej mama jednak uważała, że mają zbyt mało czasu na spędzenie go ze sobą i żyją tylko dziećmi, więc takimi drobnostkami mogła zająć się właśnie ona.
—. Nie pilnowałem jedzenia, za duży ogień… Gdyby nie Gabrysia, może nie byłoby nie tylko domu, ale i nas — Dziadek jak zwykle spojrzał na swoją żonę z uczuciem. — Co ja bym bez ciebie zrobił. — Ucałował jej smukłą dłoń.
— Dom nie ubezpieczony, a teraz my musimy siedzieć wam na głowie. Miejmy nadzieje, że remont pójdzie szybko. Dziękujemy za przechowanie. — Babcia uśmiechnęła się nie tylko do swojej córki, ale i do wnuków oraz prawnuków. — Zajmę się tą dwójką, jak będziecie w pracy. Spędźcie więcej czasu ze sobą — poradziła, zerkając na Basię i Sebastiana.
— Naprawdę? Może uda nam się wyjechać na mazury?
— Jeździe! — zawołała babcia z radością. — Nic się nie martwcie.
— Babcia z nami zostanie? — Justyna wstała i prędko wskoczyła na kolana taty. Kiedy zauważyła, że mama kiwa głową, zwróciła się do starszej kobiety. — A będą ciastka z dżemem? — Kiedy tylko usłyszała aprobatę dla pomysłu, klasnęła w dłonie i pobiegła do brata, aby dzielić się z nim nowiną, chociaż Marek już dawno to usłyszał.  Jednak nie cieszył się tak bardzo jak ona.   

Eliza pakowała niewielkie rzeczy do kartonu po odkurzaczu. Żywiła nadzieje, że już niedługo to pudło zawędruje do jej nowego mieszkania, a nie do pokoju Maćka. Nawet zdołała się uśmiechnąć na tę myśl.
Nagle ktoś zapukał do drzwi. Uniosła brwi do góry. W tym domu chyba już nikt nie pukał. Chyba że nie dosięgał do klamki. Chociaż i już Justynie się to udawało.
— Proszę — odezwała się po dłuższej chwili.
— Mogę? — Do środka weszła jej babcia z herbatą w dłoni.
— Jasne.
Kiedy głębiej myślała, odnosiła wrażenie, że tylko babcia z tej rodziny jest osobą, której nie omija i nie tylko nie ma nic przeciw rozmowom, ale czasem z chęcią sama je zaczyna. Może dlatego że nie osądzała jej ani nie prosiła co chwile o pomoc. No i nie wrzeszczała po domu.
— Przepraszam że pozbawiamy cię pokoju. — Usłyszała w jej głosie wyraźny smutek.
Eliza zaskoczona spojrzała na babcie, która już usiadła na kanapie, ale nie oparła o podparcie, jakby to zrobił dziadek. Nawet nie zaczęła komentować jej granatowych ścian ani niepościelonego łóżka.
— Babciu.
Zdobyła się na podejście i usadzenie się mniej niż dziesięć centymetrów od staruszki. Nawet objęła ją lekko, czego nawet nie robiła przy kontaktach z własnym rodzicami czy rodzeństwem. A tym bardziej siostrzeńcami, kiedy to nie było konieczne.
— Widzę ile radości ci sprawiło mieszkanie samej w pokoju. Potrzebujesz własnego konta, a my wam to uniemożliwiamy.
— Babciu — powtórzyła jeszcze raz Eliza. — Tyle razy udało ci się przypilnować dziadka, aby nie zrobił jakiejś głupoty, ale nie możesz cały czas przy nim być i zapobiegać każdemu zdarzeniu — wytłumaczyła, głaszcząc babcię po plecach. — Poza tym może niedługo się wyprowadzę. — Uśmiechnęła się mimowolnie to tej myśli.
— Nic nie mówiłaś przy kolacji — ożywiła się nagle. — Ale to coś taniego, prawda?
— Koleżanka koleżanki ma mieszkanie w całkiem okazałej cenie.
— Może obejrzeć je z tobą? Znam się na tym czy ktoś wciska kit.
Eliza miała ochotę roześmiać się. Uwielbiała to, że jej babcia w rozmowie z nią używała młodzieżowego, prostego języka. Czasem wydawało jej się, że gada z Kaśką a nie ze staruszką. Nawet Basia czy jej mama nie porozumiewały się tak prosto.
— W porządku, muszę zadzwonić do niej jutro. Obejrzymy je razem.
— Cieszę się, że ci się układa. — Upiła łyk herbaty. — A… — zaczęła, uśmiechając się lekko — masz kogoś na oku? — Kiedy padło to pytanie, babcia znów wpatrywała się w kubek, jakby zawstydzona że je zadała, co kolejny raz rozbawiło Elizę.
— Nie. Mówiąc szczerze na razie chce być sama.
— Och. — Kobieta lekko się zasmuciła. — Ale to dobrze, poczekaj na właściwego, na takiego, przy którym nie wpadnie ci nawet myśl do głowy aby poczekać.
Zaśmiała się cicho, obejmując babcię. Jej mama powiedziałaby kompletnie coś na odwrót. Nie raz podszeptywała coś o jej młodszej siostrze Basi i o tym, że nie tylko ma już męża, ale i dwójkę dzieci. Dopóki ona sobie kogoś nie znajdzie, to prawdopodobnie Maciek nie dotrwa do takich rozmów. Chyba że już kompletnie stracą nadzieje na ustatkowanie się przez nią.

— Szefowa ma dla ciebie kolejne, nowe zlecenie. — Usłyszała od razu, gdy weszła do firmy.
Okręciła się wokół i wśród tłumu oraz szklanego wnętrza, w końcu jej wzrok padł na chłopaka, mające metr siedemdziesiąt pięć, co sprawiało, że nie musiała unosić wysoko oczu. Kompletnie nie wiedziała o co chodzi dziewczynom z tym słynnym wymogiem: „metr osiemdziesiąt”. Przed czasem nawet nie uważały takiego za mężczyznę. W dodatku odnosiła wrażenie, że ci goście mają większy dystans do siebie i jakoś swobodniej się z nimi rozmawiało.
— Szefowa? Przecież wczoraj dała mi kolejne zlecenie.
— Może już przyzwyczaiła się, że robisz za dwóch. — Mrugnął do niej przyjaźnie. — Podobno ma ważne zlecenie, a tamto możesz odłożyć w czasie.
Eliza skrzywiła się lekko, bo nie lubiła zaczynać czegoś nowego, nie kończąc poprzedniego. Zwłaszcza że do tamtego przysiadła dopiero wczoraj, chociaż już miała całkiem pokaźną ilość tekstu.  W dodatku dochodziła do momentu, kiedy jej pierwsze pomysły okazywały się najtrafniejszymi, przez co jej praca szła dużo szybciej. A doskonale wiedziała, że właśnie takim ludziom wpadają kolejne zlecenia.
Zapukała lekko i niemal od razu usłyszała zaproszenie.
— O dobrze że jesteś. — Kobieta nawet nie dała jej się przywitać.
Eliza nie dałaby jej więcej niż czterdzieści pięć lat. Chociaż miała świadomość, że istnieją operacje plastyczne i kosmetyki, którymi można zdziałać cuda. Podobno zawsze patrzyła ostrym i nieprzyjaznym wzrokiem, ale ona nie zauważyła czegoś takiego. Nawet nie słyszała szorstkości w głosie, o której tak często mówiła Hanna.
— Marcin mówił że…
— Tak, mam dla ciebie nowy tekst — odpowiedziała zanim Eliza zdołała dokończyć. — Musimy go dołączyć jeszcze do jutrzejszego wydania, także musisz się spieszyć. Tutaj masz materiały o schwytanym mordercy, który zabijał swoje ofiary już od ośmiu lat. Miał małą przerwę,  a kiedy wrócił coś mu nie poszło i dzięki szybkiej reakcji i skojarzeniu, udało się go złapać.
— Czyli ile mam czasu?
— Do końca dnia. Dasz radę? — dopytała jeszcze chociaż wiedziała, że Eliza przytaknie. — Płatne ekstra — zawołała jeszcze, kiedy już sięgała za klamkę.
Uśmiechnęła się delikatnie. Pieniądze się przydadzą. Zwłaszcza teraz. W sam raz do nowego mieszkania. Jej własnego. Musi tylko dzisiaj go napisać.

Samo czytanie zajmie jej trochę czasu. Morderca nie próżnował przez tyle lat. Patrząc na jego zdjęcie, które znaleziono w dowodzie, a te wykonane niedawno — kompletnie siebie nie przypominał.
— Mój chłopak dziś mi zrobił śniadanie do łóżka — rzuciła podekscytowana Hania. — Wyciął mi kromki w kształcie serca, szynkę, pomidorki… Nawet ketchupem namalował…
— Hanka — przerwała jej ostro Eliza, nie mogąc już jej dłużej ignorować. — Muszę ten tekst skończyć do dziś. Z pewnością wcześniej, aby w razie czego go poprawić — tłumaczyła najspokojniej jak potrafiła. — Dlatego bądź tak miła i dziś oszczędź mi rewelacji z twojego życia, OK?
— Pff — prychnęła dziewczyna i wróciła do pracy.
Gdy Eliza skończyła czytać zaledwie pierwszy opis morderstwa, Hanna wyszła z pokoju. Nawet nie będzie jej brakowało. Teraz na pewno uda się jej napisać ten artykuł.

Chociaż wolała książki science fiction niż kryminały, to przyznała że z każdą kolejną kartką, czekała w oczekiwaniu na to, jak potraktuje kolejną kobietę. Ani sposób zabójstwa, ani nawet miejsce porzucenia zwłok czy pora dnia nie łączyły się ze sobą. Jedynie ofiary, które wybierał. Koleś naprawdę kochał brunetki, mające dwadzieścia osiem lat, zamieszkałe pod numerem pięć. Od razu oceniła, że pewnie któraś z nich zabawiła się jego sercem. Może nawet niespecjalnie. Jednak oni odczuwali to inaczej.
— Hej, może zjesz coś, co? — Marcin wychylił się zza drzwi z plastikowym pojemnikiem, z którego wyczuła kurczaka i dość silne zapachy. Pewnie jakaś chińszczyzna.
— Nie, dzięki. Muszę… — Zerknęła na zegarek, widząc że zostało jej tylko cztery godziny. — Naprawdę muszę się pospieszyć z tym tekstem.
— Na głodnego, to nic dobrego — odezwał się, ale został kompletnie zignorowany, bo Eliza zaczęła klepać w klawisze jakby totalnie oszalała.
            Wyszedł nauczony doświadczeniem. Widział jak wielokrotnie ignoruje Hanie, kiedy mówi o niemal całym swoim życiu. Marcinowi przeszkadzało to trochę mniej, zwłaszcza że jego koleżanka wpasowała się w jego gust.

            Kiedy wreszcie oddała szefowej ostateczną wersje, kobieta wręcz zachwycona wręczyła jej od razu ekstra pieniądze, o których wcześniej mówiła. Eliza niemal otworzyła oczy, co uszła uwadze przełożonej, która wciąż powracała do tekstu. W dodatku mruknęła jeszcze coś o stałej podwyżce.
 Poczuła, że zaczyna jej wibrować komórka w kieszeni, dlatego zapytała czy już może się oddalić. Na szczęście mogła.
            — Och — westchnęła, widząc że to Kasia do niej dzwoni. Miała złe przeczucia. — Tak?
            — Nawet nie będę cię opieprzać za to, że nie zadzwoniłaś do Ilony. — To tylko trochę poprawiło samopoczucie Elizy. — Para ta z wczoraj, która oglądała to mieszkanie, zdecydowała się już z samego rana.
            Nagle cała radość spowodowana dodatkową gotówką czy nadzieją na samotne mieszkanie, odpłynęła w niepamięć. W jednej chwili Eliza miała ochotę wydrzeć się, nie przejmując się, że jest w miejscu pracy. Nawet nie wiedziała czy powinna obarczać się winą za to, że zadzwoniła czy denerwować się na los, który sprawił że dowiedziała się o tym mieszkaniu za późno. Nie mogła jednak obarczyć za to Kaśki, która pewnie przekazała jej informacje zaraz jak się dowiedziała.
            — Hej, jesteś tam?  — usłyszała głos koleżanki
            — Hej… jestem.
            — Znajdziesz jakieś mieszkanie, spokojnie — pocieszała ją, czując że właśnie teraz jej tego potrzeba.
            — Dziadkom spalił się dom, mieszkają u nas aż skończy się remont. Przeprowadziłam się do Maćka. To mieszkanie to była moja szansa. — Cała wściekłość z niej uleciała, a teraz niemal popłakałaby się, gdyby nie to, że nie cierpiała okazywać słabości.
            — O kurde — powiedziała tylko Kaśka. — Naprawdę bym cię przygarnęła, gdybym nie mieszkała tak daleko.
            Powróciło do niej wspomnienie, kiedy koleżanka oznajmiła że wyjeżdża do Niemiec. Poświęciła się dla narzeczonego, który znalazł tam dobrze płatną pracę. A ona nie wierzyła w związki na odległości, dlatego czym prędzej pożegnała się z robotą w redakcji i wyjechała za granicę. Obiecywała czasem wracać i faktycznie dotrzymywała tego. Chociaż Elizie brakowało jej niesamowicie, choć nikomu nie przyznała się do tego.
            — A może jakiś pokój, wiesz mieszkanie z kimś? — podpowiadała Kaśka. — Takie są w całkiem dobrej cenie. Zawsze to trochę lepiej niż mieszkanie z tyloma dzieciakami. Na pewno mniej hałasu. Tylko nie bierz żadnego studenta — zaśmiała się. — Wtedy na pewno się nie wyśpisz.
            — Chciałam sama. W końcu we własnych czterech ścianach.
            Chociaż i to nie gwarantowało, że w końcu dostanie ciszy, którą tak pragnęła, to jednak we własnym domu nie musiałaby się z nikim kłócić, denerwować na zaniedbywanie obowiązków czy pomagać przy tych rozwrzeszczanych bachorach. Zbyt wiele nasłuchała się o okropnych współlokatorach, nawet od Kaśki.
            — Na pewno jakieś znajdziesz. Muszę kończyć, bo skończyła mi się przerwa w pracy, a widzę, że nadchodzi szef. Trzymaj się, dasz sobie radę.
            — Cześć — pożegnała się krótko, chowając telefon do kieszeni.
            Skierowała się zdołowana w stronę swojego pomieszczenia, ale nie zrobiła wiele kroków, kiedy ktoś znowu ją zatrzymał.
            — Szukasz mieszkania?
            Czasem odnosiła wrażenie, że Marcin interesuję się nią bardziej niż jej rodzina. Nie tylko podsłuchiwał i przekazywał jej kolejne zlecenia, czasem sam do nich zaglądając, ale i zaczął jej przynosić jedzenie albo starał się odprowadzać ją do domu czy proponować podwózki. W dodatku teraz zastanawiała się czy to tylko przypadek, że to właśnie jego pierwszego widzi, kiedy wchodzi do pracy.
            — Jakbyś potrzebowała, mam wolny pokój.                       
            — Szukam mieszkania, a nie pokoju — wyjaśniła.
            — Gość jest raczej spokojny, więc miałabyś cicho. W dodatku porządek… Zawsze mieszkanie na błysk — przekonywał Marcin, a Eliza zdała sobie sprawę, że nie mówi o sobie.
            — Jak drogo? — zapytała, wyobrażając sobie alternatywę mieszkania z Maćkiem.
            Jej brat grywał wieczorami w gry. W dodatku nagrywał na YouTube, więc wiedziała że musi czasem mieć absolutną ciszę. Ale on a nie ona. Udawało mu się to w porze, kiedy dzieciaki spały. Miała wrażenie, że znów się nie wyśpi, a już mogła pomarzyć o prywatności. Brat nie tak często wychodził z domu. Czasem widywała go tylko przy posiłkach. Mimo tego, to zawsze ją prosili o pomoc przy dzieciach zamiast niego.  Jej rodzinie wbiło się przekonanie, że to kobiety są stworzone do wychowywania dzieci. Nawet jeżeli zwracała się do nich opryskliwie i nie zachwycała się ich pyzatą buźką.
            Marcin uśmiechnął się i pozwolił sobie objąć ją za szyję. Tym razem wyjątkowo Eliza nie strzepnęła jego ręki, zbyt ciekawa informacji, których zaraz jej przekaże.
           

            Oparła głowę o dłoń, którą położyła przy oknie. Deszcz trochę obniżył jej hormony szczęścia, które pojawiły się tuż po tym, jak Marcin pokazał jej zdjęcia mieszkania kolegi. Małe, zadbane mieszkanko — tego właśnie potrzebowała. W dodatku cena również mieściła się w jej możliwościach. Z nowego miejsca zamieszkania, dochodziły jej kolejne środki transportu. Uwielbiała tramwaje. W przeciwieństwie do autobusów, nie miewały korków, toteż rzadziej się spóźniały.
            Nie zdążyła i nawet nie chciało jej się rozpakować po wczorajszej przeprowadzce do brata, toteż szybko zajęło jej przeniesienie do samochodu. Tym razem nie opierała się, kiedy Marcin zaproponował jej podwózkę a potem transport rzeczy. Właściwie nie miała tego wiele. Nie przepadała za ogromem czegokolwiek. Lubiła minimalizm i funkcjonalność.
            W dodatku nie spodziewała się, że przeprowadzi się dokładnie jeszcze tej nocy. Jednak to nie był problem dla jej nowego współlokatora. Nawet wolał, aby nie przyjeżdżała o poranku.
            To co widziała na zdjęciach, nie odbiegało od tego, co zobaczyła na żywo. Ba! Nawet jeszcze bardziej jej się podobało. W dodatku kolega Marcina również wyglądał na współlokatora, którego z miejsca polubiła. Może ocenienie człowieka tylko po tym, że miał czyste skarpetki i resztę stroju, to mała przesada, ale Eliza czuła takie podekscytowanie, że prawdopodobnie usprawiedliwiłaby ten mały defekt. Wszystko zapowiadało się tak pięknie, że czekała tylko teraz aż jej bańka pryśnie.
            — Zostawiam pod opiekę moją współpracowniczkę. Chętnie bym z wami został, ale mam pewne spotkanie — dodał melodyjnym głosem Marcin i pożegnał się.
            — Tak właściwie to Michał. — Podał rękę.
            Dopiero teraz przyjrzała się jego lekko kręconym włosom, które okalały twarz. Rzadko spotykała faceta z włosami, które mierzyły więcej niż kilka centymetrów, a w dodatku nie należały do prostych.
            — Eliza. — Uścisnęła dłoń.
            — O dość rzadkie imię.
            Właściwie nigdy się nad tym nie zastanawiała. Lubiła to, że nikt jej z nikim nie mylił. Tak jak zawsze wiele Kaś czy Ol w klasie. Nawet w życiu tak rzadko trafiała na to imię, że każdą imienniczkę miała do dziś w pamięci.
            Michał pokazał jej, co gdzie może znaleźć, ale w tej chwili tak naprawdę interesował ją tylko jej pokój oraz łóżko. Toteż nie posiedziała długo z nowych współlokatorem, niemal od razu zasypiając.
           
            Kolejne dni mijały jej wolniej. Napawała się spokojem za którym tak tęskniła i nawet wróciła do nauki programowania, którą porzuciła już jakiś czas temu. Musiała przyznać, że zbyt często brała na siebie za dużo i z pracy przychodziła zmęczona. A to tylko po to, aby nikt nie ciągał jej do zabawy z dziećmi. Wtedy nawet jej rodzice okazywali odciągali maluchy, tłumacząc, że ciocia jest zmęczona. Czasem nawet specjalnie udawała ospałą, aby zabić zapał Justyny czy Marka.
            W dodatku Marcin chyba naprawdę nie kłamał. Michał nie tylko nie hałasował, ale nie miał problemu ze sprzątaniem. Co więcej, nie gotował strasznie śmierdzącego żarcia, którego zapach roznosiłby się po całym mieszkaniu. Nie miała nic przeciw, że przyprowadzał kolegów czy koleżanki i nawet pytał ją czy nie zechce dołączyć. Ale nie nalegał i to właśnie jej się podobało.
            Któregoś z wieczoru, pokusiła się o obejrzenie filmu na kanapie w salonie. Tak wciągnęła się w fabułę, że nawet nie zauważyła, że jej współlokator przemknął do kuchni. Dopiero dostrzegła go, kiedy usiadł tuż obok, podając jej pełną miskę chipsów. Co więcej nie miała nic przeciw aby został. Może to też dlatego, że nie przyszedł z gołymi rękoma. Nawet nie przeszkadzało jej to, że komentował jej film. Chociaż nienawidziła, gdy ktoś rozmawiał przy nim. Jednak Michał wypatrywał nieścisłości albo rzeczy, na które Eliza nie zwróciłaby uwagi.
            Kolejnym razem, jakoś zagapiła się i sięgnęła gołymi rękoma po garnek z gorącą wodą. Natychmiast go zrzuciła na podłogę. Nie tylko oparzyła sobie palec, ale i stopę.
            — Co się stało? — Od razu pojawił się Michał, przywołany dźwiękiem starcia metalu z podłogą. Nie musiał jednak pytać.
            Od razu przyszedł z pomocą i wsadził jej stopę do chłodnej wody w misce. Palcem u ręki zajęła się sama. Nawet nie powiedział nic o tym, aby następnym razem uważała albo coś w tym stylu. Nie zdążyła zaoponować też, kiedy opatrywał jej stopę. W dodatku nawet nie odczuwała niekomfortowego dotyku.
            — Chyba nawet nie będzie blizny po tej ranie — odparł tylko po skończeniu.
            — Dziękuję.
            Michał odwdzięczył się szczerym uśmiechem.
            A ona zaczęła zastanawiać się, kiedy ostatnio przyjęła czyjąś pomoc i kiedy wypowiedziała szczere podziękowanie, które nie było tylko krótkim „dzięki”.
            W dodatku im dłużej tu mieszkała tym bardziej zastanawiała się nad tym czy jej pomysł mieszkania samej byłby taki idealny. Przyłapała się kilka razy na tym, że tęskniła za tym gwarem i nawet tymi prośbami o zabawy. Nigdy nie pomyślałaby, że kiedyś odczuje brak tego. Nawet cieszyła się, kiedy Michał wracał do domu, bo czuła kogoś obecność. Czasem gdy włączyła telewizor, to tylko czekała aż jego drzwi od pokoju się otworzą i zechce znów komentować jej film.

            Największym zaskoczeniem dla niej okazało się, że kiedy Kaśka znów zadzwoniła z propozycją taniego mieszkania, to Eliza po godzinnie oddzwoniła i odmówiła. Nawet jej poprzednia współpracownika nie spodziewała się, że kiedyś zmieni zdanie, a co dopiero ona sama.