sobota, 16 września 2017

Pierwszy dzień wakacji

Usiadłem wygodnie na kanapie przed telewizorem, trzymając miskę z ramyeonem i włączyłem jakiś film. Cisza, spokój. Tylko ja, jedzenie i kino akcji. W końcu mogłem odpocząć w samotności. Cała noc miała być moja. A przynajmniej tak mi się wydawało. Ledwo zjadłem swój ciepły posiłek, gdy rozbrzmiał się dźwięk mojej komórki. Po dzwonku już wiedziałem, że to Hyon. Leniwie sięgnąłem po telefon i odebrałem połączenie.
– Śpię już – rzekłem chociaż kumpel wiedział, że kłamię. Z resztą też nie siliłem się na wiarygodny ton.
– Raczej porno oglądasz, zboczeńcu – odparł bez ogródek. W tle słyszałem jakieś odgłosy typowe dla miasta, więc od razu zorientowałem się, że musiał być poza domem. Zaraz się domyśliłem, dlaczego zadzwonił do mnie.
– Z tobą w roli głównej. Nawet ciekawe – odpowiedziałem, próbując, aby mój głos brzmiał całkiem poważnie. – Gdzie leziesz?
– Do ciebie, byś miał porno na żywo. Wiem, że tego chcesz – powiedział zalotnym głosem, ale zaraz oboje zaśmialiśmy się. Pokręciłem tylko głową. Dobrze, że tego nie widział, chociaż z drugiej strony, jakby był obok to by oberwał.
– Idiota – mruknąłem rozbawiony. – Pytałem się, gdzie leziesz, dupo wołowa?
– No mówię, że do ciebie, perwersie. Tylko weź się ubierz, bo… – urwał w połowie, a ja zacząłem bacznie się przysłuchiwać. – Cholera – mruknął. Od razu wyczułem, że coś się musiało stać. Ton głosu Hyona wskazywał na jego podenerwowanie.
– Co się stało? – zapytałem, niezmiernie ciekawy, czekając z niecierpliwością na odpowiedź. Już sobie dopowiadałem, że może spotkał swoją byłą i nie miał gdzie się ukryć, bo go zobaczyła. Z całą pewnością takie zetknięcie nie należało do najmilszych dla mojego kumpla.
– Później ci powiem – rzekł krótko po czym rozłączył się. Jak zawsze zostawiając mnie w niewiedzy, która mnie wręcz zżerała od środka. Nienawidziłem Hyona za to, bo bardzo często najpierw podsycał moje zainteresowanie, a ostatecznie zostawiał mnie z moimi domysłami i długo musiałem czekać, aby dowiedzieć się prawdy. I za każdym razem miałem ochotę skopać mu za to dupę. Jakby ciężko było od razu wszystko wyśpiewać, ale nie… On musiał najpierw pokazać mi ciastko, pokusić nim i pomachać przed nosem, a potem albo je schować, albo samemu zjeść na moich oczach. I weź tu człowieku z nim wytrzymaj.
Westchnąłem ciężko podnosząc się niechętnie z kanapy i poszedłem do mojego pokoju. A raczej klitki, bo ledwo mieściło się w nim łóżko i niewielka szafa. Do tego ściany miały okropny niemalże sraczkowaty odcień i to mnie wręcz odrzucało za każdym razem, ale jakoś nie mogłem znaleźć czasu choćby na kupno farby. Chociaż w zasadzie to i chęci mi brakowało, ale nie miałem zamiaru mieszkać tu zbyt długo. Było ono zdecydowanie za małe nawet na jedną osobę. Albo to ja się dusiłem, mając swoją wersję klaustrofobii.
Nie musiałem nawet zapalać światła, bo wiedziałem dokładnie, gdzie leżą moje ubrania. Całe też szczęście, że miałem na sobie jedynie bokserki. Mniej roboty ze ściąganiem z siebie ubrania, a jedynie musiałem coś na siebie założyć. Wróciłem do pokoju połączonego z kuchnią i położyłem się na kanapie, czekając na przyjaciela. Oglądałem film coraz bardziej znudzony, spoglądając co chwila na zegarek. Nie miałem pojęcia, gdzie dokładnie był Hyon, ale jak minęło pół godziny to zacząłem się niepokoić. Przecież nie miał ode mnie zbyt daleko. Mieszkał jakieś góra dwadzieścia minut drogi od mojego mieszkania. Rozważałem też, że może szedł z jakiejś knajpy, ale jak minął jeszcze kwadrans byłem coraz bardziej niespokojny. Sięgnąłem po komórkę i wybrałem jego numer. Jednak nim usłyszałem drugi sygnał, ktoś zadzwonił na domofon. Rozłączyłem się, energicznie podrywając z kanapy. Bez namysłu wcisnąłem przycisk, aby wpuścić kumpla na klatkę. Wyjrzałem przez judasza, czekając aż pokaże mi się ta menda i będę mógł już od progu zrobić mu wyrzuty za spóźnienie.
Słyszałem, jak ktoś pośpiesznie wbiegał po schodach, a nawet miałem wrażenie, że było kilka osób. Domyśliłem się, iż Hyon musiał zgarnąć kogoś po drodze do wspólnej zabawy. Otworzyłem drzwi, gdy kroki były coraz bliżej, ale jak tylko zobaczyłem kogo tak naprawdę wpuściłem, od razu chciałem trzasnąć drzwiami, ale miałem za słaby refleks. Za długo stałem osłupiały, a trójka dobrze znanych mi gnojków od razu wparowała mi do mieszkania. Nie wiedziałem, co się dzieje i dlaczego mnie odwiedzili. Jedynie przeczuwałem, że Hyon wpadł w niezłe kłopoty, a przez to i ja.
– Ej no, panowie, tak nie można. W środku nocy robić komuś nalot na chatę? – zagadnąłem pół żartem, aby trochę załagodzić napiętą atmosferę. Te trzy typki nie wyglądali wcale przyjaźnie, a jeden łypał na mnie spode łba i oboje dobrze wiedzieliśmy dlaczego. Uśmiechnąłem się do niego sztucznie, coby to trochę powkurzyć. – O, zoperowałeś sobie nos? Wiesz co, wtedy wyglądałeś znacznie lepiej, jak miałeś lekko trzaśnięty.
– Myślisz, że jesteś zabawny? – odparł z kpiną w głosie.
– Właściwie to tak – uśmiechnąłem się chytrze, ale ta chwila nie trwała długo. Niespodziewanie jeden zaatakował mnie, próbując zadać cios, ale szybko schyliłem. Co jak co, ale refleks miałem najlepszy. Problem polegał na tym, że ich było trzech, a ja jeden, w dodatku mieli paralizator, którym mnie zaraz porazili. Prąd oraz ból przeszedł przez moje ciało. Skrzywiłem się za wszelką cenę próbując nie wydać z siebie żadnego dźwięku cierpienia. Nie miałem zamiaru dawać im tej satysfakcji, ale nie miałem szans, gdy jeden podciął mi nogi. Leżałem na podłodze i jeszcze starałem się chociaż dorwać jednego, aby przestał okładać mnie pięściami, ale zaraz drugi psiknął mi prosto w twarz tak ostrym gazem pieprzowym, że z trudem mogłem złapać powietrze. Oczy zaczęły piec mnie niemiłosiernie i strasznie łzawić. Zakryłem twarz dłońmi, walcząc o każdy kolejny oddech. Założyli mi coś na głowę, związali czymś ręce, a potem zmusili mnie do wstania, choć ja wciąż dusiłem się przez ten cholerny gaz. Gdybym tylko doszedł do siebie, to byłoby już po nich. Poczują, co to mój gniew.
O mało nie spadłem ze schodów. Coraz bardziej nie wytrzymywałem, a moja granica cierpliwości z każdą chwilą pękała, jednak powstrzymałem się, gdy usłyszałem coś, czego nie chciałem wiedzieć. Jedynie to powstrzymało mnie od całkowitego wybuchu.
– Spokojnie. Zaraz spotkasz się ze swoim kochasiem – zakpił jeden przy moim uchu, po czym wpakowali mnie do bagażnika. Luksusy to nie były, ale pal licho to śmierdzące stęchlizną miejsce. O jakim kochasiu on gadał? Jedyną osobą, która przychodziła mi do głowy, był Hyon, chociaż nie miałem pojęcia, czemu te skurwiele tak myśleli. W każdym bądź razie mogłem przypuszczać, że dlatego ta pierdoła się wtedy wystraszył. Ci chuje go zapewne złapali, a potem przyszli po nie. Świetnie. Jak tylko spotkam swojego kumpla to skopię mu dupę za wpakowywanie siebie i mnie w kłopoty. Ile ja już razy mu mówiłem, by odpuścił, by nie zadawał się z nieodpowiednimi ludźmi. Ta menda mnie nigdy nie słuchała. Dostanie porządny wpierdol ode mnie.
Samochód ruszył, a ja miałem coraz bardziej dość tego cholerstwa na mojej głowie i tego okropnego smrodu i pieczenia przez gaz. Nie mówiąc o paralizatorze. Oj, doigrali się. Byłem coraz bardziej wkurzony, ale nie mogłem stracić panowania nad sobą. To jeszcze nie był czas. Musiałem dowiedzieć się, co takiego zrobił Hyon, że go zgarnęli i jakoś razem się z tego wyplątać. Przecież nie mógłbym go tak zostawić.
Cierpliwie czekałem aż w końcu dojechaliśmy na miejsce i wyciągnęli mnie z bagażnika. Poczułem świeże powietrze, ale tylko przez chwilę, bo zaraz kazali mi iść. Przez materiał niewiele mogłem zobaczyć. Słyszałem jakieś rozmowy po Japońsku, a że w szkole niezbyt przykładałem się do tego języka, mogłem wyłapać jedynie pojedyncze słówka. W pewnym momencie posadzili mnie na krześle. Miałem dziwne wrażenie, że ktoś był obok mnie i nie myliłem się. Gdy tylko ściągnęli mi to coś z głowy, spojrzałem w prawo i zobaczyłem Hyona. Widać oberwał trochę po swojej buźce, ale chyba i tak wyglądał lepiej ode mnie. A przynajmniej tak podejrzewałem.
– Aish – odezwałem się, wzdychając ciężko i mierząc go wzrokiem, chociaż przez wilgotne oczy nie mogłem widzieć wyraźnie. – Coś ty narobił, chuju?
– Wybacz, pizdo, ale nie moja wina, że i ciebie zabrali – odparł Hyon. Nie wyczułem, aby czuł się chociaż trochę winny.
– Coś odwalił? – zapytałem cicho i rozejrzałem się. Musiał to być jakiś stary hangar, który sobie zbiry przerobili na kwaterę główną. Akurat większość z nich stała wokół stołu, nad którym wisiała lampa. Zerknąłem przez ramię, a za nami stało dwóch chudych Japończyków w garniakach, pilnujących wyjścia. Oby tylko nie mieli gazu pieprzowego, bo na dzisiaj miałem go dość. – Nie mów mi tylko, że to yakuza, bo cię kopnę w jaja – powiedziałem szeptem. Z kim jak z kim, ale z yakuzą nie chciałem mieć nic do czynienia. Wystarczyło mi jedno spotkanie w zeszłym roku z jednym od nich, aby przekonać się, że te sukinsyny się nie bawią w nic.
– Spróbuj – zachęcił Hyon. – Trzeba obmyślić jakiś plan.
– Siedziałeś tu chyba wystarczająco długo, aby na jakiś wpaść – powiedziałem, czując zmęczenie fizyczne i psychiczne. – Jakby co jestem pół ślepy, przez pieprzony gaz… pieprzowy.
– Ja też. Nie założyłem soczewek.
– Jaka pierdoła… Aigoo – mruknąłem i dyskretnie rozglądałem się szukając jakiegoś punktu zaczepienia, bezpiecznej drogi ucieczki. I jedynym sposobem było wykradnięcie auta.
– Już nie marudź tak, tylko myśl do cholery – rzekł z dozą irytacji. Jakby to wszystko było moją winą. No cóż… nie był to najmilszy wieczór mojego życia, ale skoro znalazłem się w takiej, a nie innej sytuacji, trzeba wziąć się w garść i jakość wyplątać z tego przeuroczego spotkania. Próbowałem wysilić swoje obumierające szare komórki, żeby jakiś pomysł wpadł mi do głowy. Jednak nim zdążyłem wejść w swój tryb „myśliwca” i wytężyć swój mózg, kumple moich porywaczy zaczęli się głośno sprzeczać. Nagle ich przywódca miał wielkie problemy z obecnością moją oraz Hyona. Tak, jakby to nie był do końca przemyślana decyzja, więc postanowili, że nas gdzieś wywiozą. Miło było z ich strony, że rozmawiają o takich rzeczach w naszej obecności. Byli niezwykle uprzejmi. Chociaż inaczej już potraktowali nas, abyśmy wsiedli do samochodu. Jakiś łysol usiadł za kierownicą, a obok niego śmierdzący fajkami chudzielec. Myślałem, że zaraz zwymiotuję przez ten smród.
Wyjechaliśmy z hangaru. Było tak ciemno, że ciężko było powiedzieć, gdzie dokładnie się znajdowaliśmy, ale wiedziałem jedno, że wywieźli nas na jakieś kompletne zadupie. Zerknąłem na Hyona i dyskretnie szturchnąłem go nogą. Ten spojrzał na mnie i widziałem w jego oczach, że niemalże czyta mi w myślach. W końcu znaliśmy się już na tyle długo, by móc porozumiewać się bez słów. Na znak kumpla, razem zaatakowaliśmy. Ja musiałem niestety opleść szyję swoją ręką tego śmierdziela. A jego włosy wcale nie pachniały lepiej, ale nie mogłem odpuścić, jeśli chciałem wyjść w końcu z tego cholernego bagna. Łysy stracił panowanie nad kierownicą i zaczęło nami nieco rzucać na prawo i lewo, ale trzymałem się twardo, dopóki moja ofiara nie straci przytomności. W końcu facet zahamował i oboje ze swoim towarzyszem próbowali się wyrwać i odwdzięczyć się nam. W akcie paniki wpadłem na pomysł, aby spróbować wydłubać oczy, więc bez dłuższego myślenia tak zrobiłem. Śmierdziel warknął głośno z bólu, ale był twardy, skubany. W końcu dałem mu spokój, ale dosłownie na chwilę, bo zaraz zacząłem pięściami uderzać go w głowę. Ich wina, że mi ręce związali. No i mogłem komuś się odpłacić za ten gaz pieprzowy.
Tak dręczyłem gościa, dopóki nie udało mu się wyjść z auta, a potem otworzył z rozmachem drzwi i wyciągnął mnie siłą na zewnątrz. Przyłożył mi od razu, aż lekko mi pociemniało przed oczami.
– Skurwiel – warknął i chciał znów mnie uderzyć, ale byłem szybszy. Schyliłem się przed atakiem, podciąłem mu nogi i od razu kopnąłem w żebra. A potem znowu, aż zwijał się z bólu, choć widać próbował złapać moją nogę. Zbyt wiele nie myślałem. Chciałem tylko mu dowalić, pozbyć się problemu. Byłem zmęczony. Pragnąłem, aby to wszystko się skończyło i mógłbym wrócić do swojego mieszkania i położyć się spać. Nie umiałem już opanować swoich emocji, które targały mną w tym momencie. Jakaś agresja zaczynała budzić się we mnie i próbować całkowicie zawładnąć. Było to na tyle silne uczucie, że ocknąłem się, gdy Hyon w końcu mnie nieco odepchnął. Inaczej bym pobił śmierdziela na śmierć. Facet leżał ledwo przytomny i cały zakrwawiony. Nawet wybiłem mu zęba i miał teraz przerwę na papierosa. Mógł mi za to podziękować.
Szybko jednak oprzytomniałem i wsiadłem z Hyonem do auta. Ja po stronie pasażera, a przyjaciel za kierownicą, co nie było zbyt dobrym wyjściem, ale to był po prostu impuls. Już bałem się o swoje życie, a czasu na ucieczkę było coraz mniej. Trochę czasu zajęło nam pozbycie się sznurów, którymi były związane nasze ręce, ale się udało.
– Jedziesz! – niemal krzyknąłem, chcąc być jak najdalej od tych nieprzytomnych gnojków. Spojrzałem na kumpla, który trochę się miotał i rozglądał. Przekręciłem mu kluczyk w stacyjce. Silnik odpalił. Miałem nadzieję, że chociaż ruszy.
– Ale jak?! – odparł lekko zdenerwowany.
– Wciśnij gaz!
– Co?! Jak? Czym?
– Pedałem!
– Którym?
– Tym chujowym! – rzekłem, powoli tracąc cierpliwość. Wiedziałem, że to ja od razu powinienem siedzieć za kółkiem. Hyon zawsze wolał motory i nigdy chyba nie jeździł samochodem, dlatego w ogóle nie miał rozeznania. – Sprzęgło, popuszczaj powoli, aż auto ruszy, a potem gazu. Tym pedałem po prawej stronie! – wytłumaczyłem pokrótce, wrzucając pierwszy bieg. Przyjaciel zrobił, co kazałem, ale nie tak jak tego chciałem. Od razu wcisnął pedał gazu, a po moim kolejnym wtrąceniu, wcisnął sprzęgło. W końcu udało się, ale za to jak wyrwał do przodu, to aż wcisnęło mnie w fotel. Musiałem zmieniać mu biegi. Oczywiście za każdym razem tłumacząc, jak powinno się to dobrze zrobić i bez jego pracy nie pójdzie łatwo.
Bałem się o swoje życie. Hyon gnał po tej nierównej polnej drodze. Tylko podskakiwaliśmy przez te dziury, a on nawet nie uważał, aby omijać je. Ważne, że w reszcie oddaliliśmy się od bandziorów i byliśmy wolni. Modliłem się tylko, abym przeżył do poranka. Jazda z Hyonem była chyba bardziej niebezpieczna niż tamci skurwiele. Nie miałem pojęcia, gdzie nas wiózł. Nie znałem tych rejonów, a coś mi mówiło, że będzie coraz gorzej.
– Gdzie my właściwie jesteśmy? – zapytałem, rozglądając się uważnie. Od tego podskakiwania zaczynało robić mi się niedobrze. Mój żołądek był wrażliwy na takie rzeczy, dlatego z daleka unikałem wszelkich kolejek górskich.
– W czarnej dupie, a niby gdzie – skwitował Hyon, który również nie miał dobrego nastroju. – Zaraz gdzieś wyjedziemy – dodał, chociaż miałem wątpliwości, co do tego.
Wjechaliśmy bardziej w jakieś chaszcze, gdzie ledwo już było cokolwiek widać, a po chwili nagle Hyon wjechał w dość spory staw. I to w sam jego środek! Auto utknęło i żadne gazowanie nie pomagało wydostać się.
– No zajebiście – powiedziałem, otwierając drzwi, przez co do środka wlała się woda. Sam chciałem wysiąść z auta i to był mój błąd. Zaraz jak tylko wysiadłem, straciłem równowagę i padłem jak długi. Był to mocny upadek, a okropnie lodowata woda wcale nie była taka przyjemna. Ten wieczór był jednym z moich najgorszych chwil w życiu! Czy mogło zdarzyć się coś jeszcze gorszego? Już chyba wykorzystałem cały limit pecha na dzisiaj! – Kurwa jego mać! – wrzasnąłem, z trudem podnosząc się. Miałem dość. Dość wszystkiego i jeśli ktoś by staną teraz na mojej drodze, to bym chyba wręcz zabił!
Spojrzałem na Hyona, który z trudem wychodził ze stawu, ale przynajmniej był w połowie suchy. Gdy wyszedłem w końcu z tego cholerstwa i podszedłem do przyjaciela, trzęsąc się z zimna, spojrzałem na niego morderczym i zmęczonym wzrokiem. Dobrze, że nie musiałem nic mówić. Wiedział, co mam na myśli, a on pewnie miał to samo zdanie, co ja.
Ruszyliśmy w jakąś stronę, pewnie od dupy strony, ale skąd mieliśmy wiedzieć, gdzie jesteśmy i jak wyjść na prostą. Czy w ogóle kiedykolwiek byśmy wyszli do cywilizacji. Było mi cholernie zimno. Przemokłem do suchej nitki, trząsłem się, jak galareta, a nie mogłem inaczej określić skali wkurzenia, jak pięknym wkurwieniem. W dodatku zaczynałem być głodny i strasznie zmęczony. Czy może być gorzej?
– Może rzeczywiście powinniśmy zamieszkać w jakimś lesie i zbudować domek z patyków. Wtedy nikt nas nie znajdzie – odezwał się w końcu Hyon, przerywając tą napiętą ciszę. Tylko westchnąłem, co uznał za moją odpowiedź, bo zaraz kontynuował: – Ale przynajmniej żyjemy.
Posłałem mu mordercze spojrzenie.
– Ale zaraz ktoś tu zostanie zamordowany – odparłem chłodno, zatrzymując się, bo czułem, że dłużej nie wytrzymam. Byliśmy akurat bliżej jakiegoś lasku i miałem ochotę chwilę odpocząć. – Lepiej zbieraj patyki na swój domek. Muszę ogrzać dupę – rzekłem cicho, zbierając jakieś gałązki. Hyon również wziął się do pracy. Gdy pozbieraliśmy trochę opału, Hyon wyciągnął zapalniczkę i próbował podpalić stary paragon, jaki znalazł w kieszeni swoich spodni. Małe ognisko, ale coś tam się tliło i było odrobinę cieplej, kiedy przykucnąłem. – Brakuje tylko pianek – mruknąłem zmęczonym głosem i spojrzałem na gwieździste niebo. Było piękne, choć to dziwny moment na podziwianie świecących punkcików.
– Muszę się odlać – powiedział Hyon i odszedł trochę, za jakieś drzewo, aby załatwić swoją potrzebę. Nie trwało to długo, bo zaraz usłyszałem jego nieco dziwny głos. – Kyoung…
– Ja się nie przyłączę – odezwałem się, spoglądając w stronę miejsca, gdzie był schowany przyjaciel. – Nawet na to nie licz. Nie jesteś w moim typie. Żadnego bromance’u w lesie.
– Ty pało, mam problem, a nie. Ty tylko o jednym! – skarcił mnie, a w jego głosie słychać było lekkie zdenerwowanie. – Kurwa mać – mruknął z poirytowaniem. – Kyoung…
– Czego znowu? – zapytałem ze znudzeniem.
– Kleszcz przyczepił się do mnie i nie mogę go oderwać – warknął, choć wiedziałem, że nie był zły na mnie, a na samą sytuację. – Ja pierdole… Jak ja mam go usunąć? Jest w chuj mały, że nie mogę go złapać.
Chciałem powiedzieć coś dwuznacznego, ale czułem, że to nie byłyby zbyt odpowiednie słowa na tą chwilę, więc sobie darowałem. Jednak moje myśli od razu podsuwały mi zabawne scenariusze, przez które nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Musiałem chociaż trochę zachować trzeźwość umysłu i pomóc przyjacielowi, ale sam nie wiedziałem jak. Przecież nie poszedłbym do niego i… nie, nawet w moich myślach nie chciałem dokańczać tej wizji.
– Trafił swój na swego – wymsknęło mi się, ale chyba Hyon tego nie słyszał. Może był zbyt zajęty usuwaniem kleszcza z swojego małego przyjaciela. – Przypal go, może puści!
– Tak, już… Chyba muszę do lekarza.
– Ciekawe skąd znajdę ci jakiegoś doktora House’a. Jesteśmy na jakimś zadupiu. Dobra, zapinaj rozporek i próbujemy iść. Może trafimy w końcu do miasta – westchnąłem, czekając na zgodę Hyona, by móc zgasić ognisko i iść dalej.
Kumpel wyszedł z ukrycia z lekkim grymasem na twarzy. Przysypałem piaskiem palące się patyki, po czym ruszyliśmy znowu w wędrówkę. Całe szczęście, że księżyc mocno świecił, to chociaż widzieliśmy cokolwiek.
– To kara za wpakowanie mnie w kłopoty – zerknąłem na Hyona. – Czujesz jak cię gryzie? – zapytałem z cichy, krótkim śmiechem.
– Bardzo zabawne – odparł ironicznie. – Lepiej myśl, jak stąd wyjść albo jak mogę się pozbyć tego dziadostwa. Gdybym chociaż miał telefon, a tak… kuźwa!
Przemilczałem. Tak, byliśmy w czarnej dupie i nie wiedzieliśmy, jak z tego wyjść, ale w końcu po jakimś czasie udało nam się dotrzeć do jakiejś drogi. Szliśmy wzdłuż niej, aż w końcu na horyzoncie nie pojawił się samochód. Im był bliżej, tym większą miałem nadzieję, że w końcu ktoś nam pomoże. Zaczęliśmy machać do kierowcy i krzyczeć z prośbą by się zatrzymał.
I udało się!
Podbiegliśmy do auta i całe szczęście za kierownicą siedział przemiły staruszek, który podwiózł nas do miasta. Chociaż trochę krzywo na nas patrzył, bo dalej byłem mokry i zapewne śmierdziałem okropnie, a Hyon w końcu miał niezłe limo pod okiem i na policzku oraz ranę przy wardze. Jednak nie odmówił pomocy, a gdy dotarliśmy do przedmieścia, gdzie nas wypuścił, podziękowaliśmy i na pieszo ruszyliśmy w stronę najbliższego pogotowia. Trochę minęło czasu nim znaleźliśmy ten budynek, ale się udało. Nad ranem dopiero wyszliśmy, gdzie już słońce wschodziło. Czułem się, jakby mnie żaba przeżuła i wypluła, bo jednak stwierdziła, że jestem bardzo niesmacznym kąskiem. Nie miałem już dłużej siły, aby iść gdziekolwiek, więc powiedziałem Hyonowi, że chociaż na chwilę pójdziemy i usiądziemy na ławeczce. Nie miał nic przeciwko. W końcu sam był wycieńczony.
Westchnąłem ciężko, opierając się wygodnie i przymknąłem oczy, chcąc odpocząć na moment. Chociaż ta cisza mi umilała czas.
– Powinieneś się umyć. Śmierdzisz na kilometr – oznajmił Hyon. Nawet nie chciało mi się spojrzeć na niego i opieprzyć, że wcale nie pachnie lepiej.
Po prostu przemilczałem to, bo już nawet nie miałem siły się więcej niepotrzebnie odzywać. A tą piękną chwilę przerwało dziwne uczucie. Jakby ktoś mnie czymś polewał po nodze. Otworzyłem oczy i spojrzałem w dół. Hyon oczywiście śmiał się cicho, a ja nie wiedziałem już czy mam się bardziej wściec czy mieć już totalnie wyjebane na wszystko.

– Świetnie. Nawet psy mnie olewają. Dosłownie – westchnąłem ciężko, chociaż bardziej powarczałem na swój ciężki los. – Piękny pierwszy dzień wakacji.

Kiedy zabraknie ci hałasu

Trzasnęła drzwiami, aż huk rozległ się po domu. Nikt jednak nie zdołał na nią krzyknąć, bo szybkim krokiem przemknęła po schodach, wędrując na przystanek autobusowy. Och, jak ona by już chciała w końcu się wyprowadzić. Niestety wciąż nie starczało jej na zakup własnego mieszkania. Chociaż odpuściła trochę wyjść ze znajomymi i kupno nowego laptopa, to wciąż musiała szukać dodatkowych zleceń na teksty. Wiedziała że nie uzbiera całej sumy, zanim w końcu nie wytrzyma i zabierze wszystkie rzeczy, nie pojawiając się już nigdy w domu. Jednak zawsze wolała trochę się ubezpieczyć i nie rzucać się na głęboką wodę. Nie wróci z podkulonym ogonem prosić o swój kąt u rodziców. O nie!
Wcisnęła się do zatłoczonego autobusu. Znów zapomniała swoich słuchawek. Teraz mogłaby ukoić swoje nerwy muzyką. Zamiast tego musiała słuchać wrzeszczących dzieci, zapewne jadących do szkoły na zakończenie roku szkolnego. Samo wyjście z domu nie uwalniało ją od hałaśliwego rodzeństwa. Czasem zazdrościła znajomym, że są jedynakami. Wcale nie uważała ich za rozpieszczonych, jak twierdzą stereotypy. Nie musieli słuchać krzyków, jęków, ciągłego marudzenia. Wiecznego: „Pomóż siostrze/bratu”, „Przecież on jest młodszy, jeszcze tego nie umie”, „To tylko dziecko”. A ona pragnęła tylko spokoju. Chwili wyciszenia. Niestety gdy tylko wracała do domu, słyszała te chmarę dzieciaków i ciągłe prośby.
Zbyt gwałtownie pociągnęła za drzwi do wieżowca, w którym pracowała. Niemal zderzyła się z kolegą z pracy. Jednak w ostatniej chwili cofnął się z lekko podniesionymi rękoma, a potem wyminął ją, odwracając się za siebie. Eliza nie zawracając sobie tym głowy, powędrowała do swoje pomieszczenia, gdzie w spokoju mogła oddać się pisaniu artykułów. Położyła torebkę na podłodze i spoczęła w wygodnym, kręcącym się fotelu. Odchyliła głowę i rozchyliła ramiona. Odetchnęła z ulgą, napawając się chwilą spokoju. Przez cienkie, ale jednak ściany, nikt nie mógł jej zobaczyć. A współpracowniczka z którą od niedawna musiała dzielić to pomieszczenie, zapewne poszła na papierosa, jak kolega, którego minęła. Westchnęła, uśmiechając się lekko. Przyzwyczaiła się do Kaśki. Nawet do tego jej potwornego jedzenia, które wyglądało okropnie, a uważała je za zdrowe. Tak jak teraźniejsza dziewczyna, też paliła i to zawsze o stałych porach. Jednak trafiały do siebie z poczuciem humoru, a właśnie to tak bardzo różniło ją od Hanny. Dziewczyna też kompletnie nie potrafiła się zamknąć! Gadała jak najęta i to o wszystkim. Eliza chcąc nie chcąc, znała przynajmniej połowę jej garderoby, codzienny rytuał, kilkunastu sąsiadów, poranny rozkład jazdy autobusów linii 706 i 702, a nawet historię przeglądarki jej „Misia”, jak zwykła określać swojego narzeczonego. Ona naprawdę nie znała umiaru, co do prywatności. Nawet nie zostawiała jej sobie. Na nic się zdały spokojne próby Elizy, aby dała jej spokój. Dziewczyna po prostu nie umiała słuchać. Nawet nie zwracała uwagi czy przytakujesz, odpowiadasz, dopytujesz. Hanna tylko widziała, że jesteś i tyle jej wystarczyło. Toteż Eliza poważnie żałowała, że nie potrafiła nagle zniknąć lub stać się niewidzialną.
W jednej chwili podniosła się i włączyła komputer, bo usłyszała parę kroków za drzwiami. Odetchnęła z ulgą, jednak krzywiąc się lekko. Mimo że to nie szefowa, która ostatnio chodzi jak struta, to towarzystwo Hani również jej nie pasowało. Dziewczyna jednak wcale nie przejmowała się reakcją na swój widok. Chociaż Elizie wydawało się, że nie dostrzega tego. Jak zwykle uśmiechnięta, odsunęła za ucho jasnobrązowe włosy, które jednak ponownie wróciły na miejsce, układając się w fale.
— Nie zauważyłam kiedy weszłaś — odezwała się, siadając naprzeciw.
— Spieszyłam się — rzuciła krótko Eliza, otwierając plik z artykułem, który wymagał jeszcze drobnych poprawek.
— Życie w biegu nie służy — zauważyła ze śmiechem.
— Palenie też nie.
Hania na moment naprawdę się uciszyła. Jednak potem wspomniała coś o tym, że pomaga jej się to uspokoić i tak dalej, ale Eliza totalnie pochłonęła się w wir pracy. Przez te wszystkie lata nauczyła się pracować w hałasie, który kompletnie znienawidziła. Mając dwójkę rodzeństwa, z czego jedno już niańczyło dwoje swoich i to w domu rodziców, spokój nie potrafił się tam zadomowić.
Ostatnie kliknięcie i teraz już musiała czekać tylko na sygnał od szefowej, gdy uzna że należy coś poprawić. Eliza niemal błagała w myślach, aby wszystko jej pasowało. Chciała zabrać się już za kolejne zlecenie, którego nie mogła odstać zanim tutejszy nie zostanie zakwalifikowany. Obawiała się, że zły humor szefowej może wpłynąć na jej niekorzyść.
— Siema. —  Do pokoju wszedł ten sam chłopak, na którego niemal dziś wpadła. Położył parę kartek na biurku Elizy i uśmiechnął się do Hani.
— Co to?
— Materiały na artykuł. Szefowa jest zadowolona z twojego tempa pracy i szczególnie z jakości artykułów — rzucił, odwracając się. — No nic tylko stopy całować i pokłony składać. — Udał że wymiotuje. — Jesteś u nas niecałe pół roku, a ona jest w tobie niemal zakochana, mimo że stawiasz jej się…
— Przynajmniej masz pewność, że nie liże nikomu dupy. — Uśmiechnęła się znacząco, już otwierając kolejny plik, aby zacząć artykuł.
— Skąd masz tyle energii, co? — dopytywał zaskoczony.
— To nie energia, a motywacja — wyjaśniała. — Kurwa mać! — zaklęła, bo znikł obraz monitora.
Od razu pochyliła się, aby sprawdzić gniazdko czy przypadkiem nie odłączyła kabli od kontaktu, ale wszystko wpięte jak należy. Hanna również zauważyła brak prądu.
— Mogliby w końcu pokusić się na UPS—y — powiedziała bardziej do siebie.
— Na co? — Hanna skrzywiła się lekko.
— Awaryjne zasilacze. Obawiam się, że teraz mój komputer znów nie zapisze tego co zaczęłam — marudziła Eliza, siadając z powrotem przy biurku.
— Przyda ci się odpoczynek — stwierdził kolega. — Jakiś masaż czy coś — rzucił, zbliżając się do niej i kładąc ręce na ramionach. — Wiesz ja całkiem nieźle je umiem.
Wzdrygnęła się, czując jego dłonie na sobie.
— Nie potrzebuję — powiedziała szorstko, spinając się cała. — Weź te ręce — wycedziła.
Wziął dłonie do góry i skrzywił się lekko. Odszedł z pokoju, rzucając że tylko chciał być miły.
Czekała w milczeniu aż jej komputer ponownie się włączy. Tym razem Hania, widząc nastrój dziewczyny, w końcu zrozumiała że nie czas na odzywanie się.



Westchnęła, myśląc o podróży w zatłoczonym autobusie, która czeka ją dokładnie za dziesięć minut. Jednak nie mogła teraz myśleć o samochodzie, kiedy to mieszkanie ustawiło się na pierwszym miejscu w hierarchii jej potrzeb. Własny kąt. To jest coś. Nagle poczuła na sobie kilka kropel. Przeklęła w myślach, że wyjęła dzisiaj parasolkę, zanim wyszła z mieszkania.
— Hej, może cię podwieźć? — usłyszała głos Marcina z prawej strony.
Odwróciła się, widząc go przy granatowym aucie. Na jej oko koło peugeota. Zerknęła w stronę autobusu — nie miała daleko. Co więcej autobus nie jechał długo. Przecież też zapłaciła za bilet miesięczny.
— Nie, dzięki. Do autobusu mam niedaleko.
— Do mojego samochodu też — zaśmiał się. Kiedy Eliza nie odpowiadała nic dłuższą chwilę, dodał: — Deszcz cię nie zmoczy. Nie będziesz jechała w tłoku. Unikniesz korków i co lepsze dojście do domu zajmie trzydzieści sekund — próbował przekonać. — No i zapomniałbym o moim towarzystwie. — Puścił do niej oczko.
Pokręciła głową i zasunęła torbę, aby nie zamoczyła się jej zawartość.
— Nie spieszy mi się do domu. Przejdę się, podjadę autobusem — odezwała się — ale dzięki za propozycje — dodała i założyła słuchawki na uszy, odchodząc w stronę autobusu.
— Ech… uparta — mruknął pod nosem. — Twoja strata — dodał bardziej do siebie niż do niej, bo ona nie mogła go już usłyszeć.


Tylko weszła do domu, a czuła się, jakby znalazła się w jakimś równoległym świecie. Krzyk, ryk i zero spokoju. Mnóstwo ruchu i pełno emocji. Nie zdążyła wejść do swojego pokoju, kiedy już mała blondynka niemal przykleiła się do jej nogi.
— Ciociu, Marek mi dokucza —poskarżyła się Justyna na brata.
Na korytarz wbiegł szczupły chłopiec w wieku czterech lat i krótkich, niemal białych włosach. Brudne kąciki ust, od razu rzucały podejrzenie, że mały znów dorwał czekoladę przed obiadem. Eliza tylko westchnęła i próbowała odczepić od siebie siostrzenice, ale gdy tylko ukucnęła, ta od razu się do niej przytuliła.
— Co jej robisz? — rzuciła krótko w stronę siostrzeńca.
— Wzięła mi moją czekoladę — odparł z wyrzutem, naciskając na przedostatnie słowo.
— Nie chciał się ze mną podzielić.
— To jego czekolada i nie musi się nią dzielić. Jego wybór — próbowała wytłumaczyć spokojnie.
— Ale on ją zabrał mamie z szafki — poskarżyła od razu.
— Ona kłamie! — bronił się Marek.
— Jezuuu, Sebastian! — krzyknęła, mając nadzieję, że chłopak siostry już wrócił z pracy.
— Co jest? — zapytał, zanim jeszcze zjawił się tuż przed nią.
— Weź swoje dzieci i załatw ich problemy, dobrze? — odpowiedziała nadzwyczaj spokojnie. — Jestem cała mokra i chciałabym się umyć, zamiast bronić twojej córki i dochodzić kto ukradł czekoladę z szafki Baśki.
— Spoko, spoko. Justyna, Marek. — Skinął na nich głową. Marek potulnie poszedł za ojcem, jednak mała wciąż przytulała się do Elizy.
— Nic ci nie zrobi — przekonywała już całkiem spokojnie.
— Chodź, Justysia. — Sebastian wystawił do niej ręce. To wyraźnie ją uświadomiło, że faktycznie nie się jej nie stanie. Jednak na wszelki wypadek przebiegła całą drogę.
Uniósł ją do góry. Eliza tylko pokręciła głową. Przez to potem kleją się do niej. Czasem marzyła, aby chociaż w jej pokoju ściany były dźwiękoszczelne. Wzięła ciuchy na zmianę i zamknęła się w łazience. Już chciała wejść pod prysznic, kiedy usłyszała pukanie do drzwi.
— Ciociu, siku — zawołała Justyna.
— Przecież jest druga łazienka.
— Maciek tam sra!
Eliza niemal parsknęła śmiechem z bezpośredniości małej. Z niechęcią znów się ubrała i wyszła, wpuszczając Justynę.
Ze schodów zbiegł młodszy brat Elizy, a ona niemal chciała kopnąć w coś. Małej z pewnością nie chciało się iść do łazienki na górę. Następnym razem jej nie wpuści, choćby miała popuścić.
— Mama dzwoniła. Dziadków zalało totalnie — rzucił przez ramię. — Będą musieli zamieszkać z nami.
Zanim Eliza na spokojnie przyswoiła sytuacje i zdążyła sobie przypomnieć dziadka z amnezją, który kiedyś niemal zadusił się gazem, zapominając wyłączyć kuchenki, Maciek zaskoczył ją czymś jeszcze. Poczuła się, jakby przycisnął ją butem do podłogi.
— Dziadkowie mają zamieszkać u ciebie w pokoju, a ty ze mną.
— Co? — Niemal szczęka jej opadła.
Cieszyła się, kiedy rodzice w końcu powiększyli ich dom, a Baśka usunęła się z jej pokoju. W dodatku Maciek nie musiał się krępować i dostał własny kąt. A teraz miało się to wszystko zburzyć?
— Ile to potrwa? — zadała kolejne pytanie, wpatrując się w swojego brata jak w wyrocznie.
— Nie mam pojęcia. Trzeba od nowa zrobić sufit, dach… — wyliczał.
Kiedy drzwi łazienki się otworzyły, Eliza ze złością spojrzała na małą siostrzenice, której chętnie jak za dawnych czasów dałaby klapsa. Mimo że tego nie zrobiła, Justyna uciekła z krzykiem. Maciek wytrzeszczył oczy, odprowadzając ją wzrokiem. Potem zerknął na siostrę pytająco, ale ta tylko machnęła ręką.
— Kiedyś się stąd wyprowadzę — mruknęła tylko.
— Już mi tak powtarzasz od kilku lat. A ja mam siedemnaście lat, a ty dwadzieścia cztery i wciąż się nie doczekałem — zaśmiał się Maciek.
— Boże, wyprowadzę się… — powtórzyła, wpatrując się gdzieś w dal i nawet machanie ręką przed oczyma przez jej brata, nic nie pomogło.
Mieszkać znów z Maćkiem. Koszmar.

Kiedy już w końcu się umyła i weszła do swojego pokoju, zamknęła jak zwykle drzwi i niemal padła na łóżko. Nie przeszkadzało jej, że nie ścieliła go już od tygodnia. Jej nie, ale rodzicom na pewno tak. Jednak nikt nie miał do niego dostępu bez jej wiedzy. Niechętnie otworzyła oczy, słysząc swoją ulubioną melodię, wydobywającą się z jej telefonu. Kasia.
— Cześć — przywitała się zaskoczona.
— Siema, jak się trzymasz? — usłyszała ciepłe brzmienie głosu.
Właśnie teraz nie wiedziała co odpowiedzieć. Choć starała być się chociaż z nią szczera, to jednak nie chciało jej się gadać o tym, że jak nabiera nowych nadziei na lepszą przyszłość, to życie wali ją w twarz.
— Za dużo by mówić.
 — OK… — powiedziała powoli i Eliza już wiedziała, że jej nie wierzy. — Ale może ucieszy cię, że moja znajoma ma do wynajęcia całkiem niedrogie mieszkanie z pokojem, przedpokojem, kuchnią i łazienką?
Oboje wiedziały, że to pytanie retoryczne.
— Jezu, jak? — spytała, a Kasia wybuchnęłam śmiechem.
— Jakaś babka która tam mieszkała wyprowadza się do swojego narzeczonego. Ilona studiuje, więc przyda jej się kasa z wynajmu. Po znajomości masz trochę taniej o ile zechcesz dać jej gwarancje na rok wynajmu.
— Matko, dzięki. Jasne, pewnie — wylewała nieskładnie kolejne słowa. — Jeju! — zapiszczała w końcu, oddając swoją całą radość.
— Daj mi szybko znać, bo już byli pierwsi oglądający. Doślę ci dane Ilony, zadzwoń koniecznie jutro, dobra? — upewniła się, a Eliza automatycznie odpowiedziała twierdząco.
Rzuciła telefon na łóżko i miała aż ochotę krzyczeć z radości. Dostała nowych sił. Może jeszcze zdąży napisać kolejny tekst do pracy?


Najpierw usłyszała radosne okrzyki z ust dzieci swojej siostry, a potem kroki. Mnóstwo kroków. Wyszła niechętnie, aby przywitać się z nowymi lokatorami. Uśmiechnęła się na widok babci, która od razu ją przytuliła. Mimo swojego wieku i wielu zmarszczek na twarzy, starała się jak mogła zatrzymać młodość i wkładała często eleganckie ciuchy. Jednak wcale nie wiązało się to z powagą i małą wylewnością uczuć.
Jej siostra rozkładała talerze na stół przykryty białą w kwiatki ceratą. Na środku już czekała na nich waza z zupą. Kuchnia choć niewielka, zdołała pomieścić wszystkich. Tylko Justyna z Markiem musieli siedzieć obok przy swoim małym stoliku, który wykonał nie tak dawno jej ojciec. Jednak niechętnie do niego siadali, zainteresowani bardziej rozmowami przy większym gronie.
— Liza, daj dzieciakom ciastka. — Mama wystawiła do niej rękę.
Dziewczyna spojrzała z miną cierpiętnika na nią. Dopiero lekki uśmiech i proszący wyraz oczu, zmiękły Elizę. Podała im szybko na stół. Przecież Baśka i Sebastian siedzieli tuż obok. Jej mama jednak uważała, że mają zbyt mało czasu na spędzenie go ze sobą i żyją tylko dziećmi, więc takimi drobnostkami mogła zająć się właśnie ona.
—. Nie pilnowałem jedzenia, za duży ogień… Gdyby nie Gabrysia, może nie byłoby nie tylko domu, ale i nas — Dziadek jak zwykle spojrzał na swoją żonę z uczuciem. — Co ja bym bez ciebie zrobił. — Ucałował jej smukłą dłoń.
— Dom nie ubezpieczony, a teraz my musimy siedzieć wam na głowie. Miejmy nadzieje, że remont pójdzie szybko. Dziękujemy za przechowanie. — Babcia uśmiechnęła się nie tylko do swojej córki, ale i do wnuków oraz prawnuków. — Zajmę się tą dwójką, jak będziecie w pracy. Spędźcie więcej czasu ze sobą — poradziła, zerkając na Basię i Sebastiana.
— Naprawdę? Może uda nam się wyjechać na mazury?
— Jeździe! — zawołała babcia z radością. — Nic się nie martwcie.
— Babcia z nami zostanie? — Justyna wstała i prędko wskoczyła na kolana taty. Kiedy zauważyła, że mama kiwa głową, zwróciła się do starszej kobiety. — A będą ciastka z dżemem? — Kiedy tylko usłyszała aprobatę dla pomysłu, klasnęła w dłonie i pobiegła do brata, aby dzielić się z nim nowiną, chociaż Marek już dawno to usłyszał.  Jednak nie cieszył się tak bardzo jak ona.   

Eliza pakowała niewielkie rzeczy do kartonu po odkurzaczu. Żywiła nadzieje, że już niedługo to pudło zawędruje do jej nowego mieszkania, a nie do pokoju Maćka. Nawet zdołała się uśmiechnąć na tę myśl.
Nagle ktoś zapukał do drzwi. Uniosła brwi do góry. W tym domu chyba już nikt nie pukał. Chyba że nie dosięgał do klamki. Chociaż i już Justynie się to udawało.
— Proszę — odezwała się po dłuższej chwili.
— Mogę? — Do środka weszła jej babcia z herbatą w dłoni.
— Jasne.
Kiedy głębiej myślała, odnosiła wrażenie, że tylko babcia z tej rodziny jest osobą, której nie omija i nie tylko nie ma nic przeciw rozmowom, ale czasem z chęcią sama je zaczyna. Może dlatego że nie osądzała jej ani nie prosiła co chwile o pomoc. No i nie wrzeszczała po domu.
— Przepraszam że pozbawiamy cię pokoju. — Usłyszała w jej głosie wyraźny smutek.
Eliza zaskoczona spojrzała na babcie, która już usiadła na kanapie, ale nie oparła o podparcie, jakby to zrobił dziadek. Nawet nie zaczęła komentować jej granatowych ścian ani niepościelonego łóżka.
— Babciu.
Zdobyła się na podejście i usadzenie się mniej niż dziesięć centymetrów od staruszki. Nawet objęła ją lekko, czego nawet nie robiła przy kontaktach z własnym rodzicami czy rodzeństwem. A tym bardziej siostrzeńcami, kiedy to nie było konieczne.
— Widzę ile radości ci sprawiło mieszkanie samej w pokoju. Potrzebujesz własnego konta, a my wam to uniemożliwiamy.
— Babciu — powtórzyła jeszcze raz Eliza. — Tyle razy udało ci się przypilnować dziadka, aby nie zrobił jakiejś głupoty, ale nie możesz cały czas przy nim być i zapobiegać każdemu zdarzeniu — wytłumaczyła, głaszcząc babcię po plecach. — Poza tym może niedługo się wyprowadzę. — Uśmiechnęła się mimowolnie to tej myśli.
— Nic nie mówiłaś przy kolacji — ożywiła się nagle. — Ale to coś taniego, prawda?
— Koleżanka koleżanki ma mieszkanie w całkiem okazałej cenie.
— Może obejrzeć je z tobą? Znam się na tym czy ktoś wciska kit.
Eliza miała ochotę roześmiać się. Uwielbiała to, że jej babcia w rozmowie z nią używała młodzieżowego, prostego języka. Czasem wydawało jej się, że gada z Kaśką a nie ze staruszką. Nawet Basia czy jej mama nie porozumiewały się tak prosto.
— W porządku, muszę zadzwonić do niej jutro. Obejrzymy je razem.
— Cieszę się, że ci się układa. — Upiła łyk herbaty. — A… — zaczęła, uśmiechając się lekko — masz kogoś na oku? — Kiedy padło to pytanie, babcia znów wpatrywała się w kubek, jakby zawstydzona że je zadała, co kolejny raz rozbawiło Elizę.
— Nie. Mówiąc szczerze na razie chce być sama.
— Och. — Kobieta lekko się zasmuciła. — Ale to dobrze, poczekaj na właściwego, na takiego, przy którym nie wpadnie ci nawet myśl do głowy aby poczekać.
Zaśmiała się cicho, obejmując babcię. Jej mama powiedziałaby kompletnie coś na odwrót. Nie raz podszeptywała coś o jej młodszej siostrze Basi i o tym, że nie tylko ma już męża, ale i dwójkę dzieci. Dopóki ona sobie kogoś nie znajdzie, to prawdopodobnie Maciek nie dotrwa do takich rozmów. Chyba że już kompletnie stracą nadzieje na ustatkowanie się przez nią.

— Szefowa ma dla ciebie kolejne, nowe zlecenie. — Usłyszała od razu, gdy weszła do firmy.
Okręciła się wokół i wśród tłumu oraz szklanego wnętrza, w końcu jej wzrok padł na chłopaka, mające metr siedemdziesiąt pięć, co sprawiało, że nie musiała unosić wysoko oczu. Kompletnie nie wiedziała o co chodzi dziewczynom z tym słynnym wymogiem: „metr osiemdziesiąt”. Przed czasem nawet nie uważały takiego za mężczyznę. W dodatku odnosiła wrażenie, że ci goście mają większy dystans do siebie i jakoś swobodniej się z nimi rozmawiało.
— Szefowa? Przecież wczoraj dała mi kolejne zlecenie.
— Może już przyzwyczaiła się, że robisz za dwóch. — Mrugnął do niej przyjaźnie. — Podobno ma ważne zlecenie, a tamto możesz odłożyć w czasie.
Eliza skrzywiła się lekko, bo nie lubiła zaczynać czegoś nowego, nie kończąc poprzedniego. Zwłaszcza że do tamtego przysiadła dopiero wczoraj, chociaż już miała całkiem pokaźną ilość tekstu.  W dodatku dochodziła do momentu, kiedy jej pierwsze pomysły okazywały się najtrafniejszymi, przez co jej praca szła dużo szybciej. A doskonale wiedziała, że właśnie takim ludziom wpadają kolejne zlecenia.
Zapukała lekko i niemal od razu usłyszała zaproszenie.
— O dobrze że jesteś. — Kobieta nawet nie dała jej się przywitać.
Eliza nie dałaby jej więcej niż czterdzieści pięć lat. Chociaż miała świadomość, że istnieją operacje plastyczne i kosmetyki, którymi można zdziałać cuda. Podobno zawsze patrzyła ostrym i nieprzyjaznym wzrokiem, ale ona nie zauważyła czegoś takiego. Nawet nie słyszała szorstkości w głosie, o której tak często mówiła Hanna.
— Marcin mówił że…
— Tak, mam dla ciebie nowy tekst — odpowiedziała zanim Eliza zdołała dokończyć. — Musimy go dołączyć jeszcze do jutrzejszego wydania, także musisz się spieszyć. Tutaj masz materiały o schwytanym mordercy, który zabijał swoje ofiary już od ośmiu lat. Miał małą przerwę,  a kiedy wrócił coś mu nie poszło i dzięki szybkiej reakcji i skojarzeniu, udało się go złapać.
— Czyli ile mam czasu?
— Do końca dnia. Dasz radę? — dopytała jeszcze chociaż wiedziała, że Eliza przytaknie. — Płatne ekstra — zawołała jeszcze, kiedy już sięgała za klamkę.
Uśmiechnęła się delikatnie. Pieniądze się przydadzą. Zwłaszcza teraz. W sam raz do nowego mieszkania. Jej własnego. Musi tylko dzisiaj go napisać.

Samo czytanie zajmie jej trochę czasu. Morderca nie próżnował przez tyle lat. Patrząc na jego zdjęcie, które znaleziono w dowodzie, a te wykonane niedawno — kompletnie siebie nie przypominał.
— Mój chłopak dziś mi zrobił śniadanie do łóżka — rzuciła podekscytowana Hania. — Wyciął mi kromki w kształcie serca, szynkę, pomidorki… Nawet ketchupem namalował…
— Hanka — przerwała jej ostro Eliza, nie mogąc już jej dłużej ignorować. — Muszę ten tekst skończyć do dziś. Z pewnością wcześniej, aby w razie czego go poprawić — tłumaczyła najspokojniej jak potrafiła. — Dlatego bądź tak miła i dziś oszczędź mi rewelacji z twojego życia, OK?
— Pff — prychnęła dziewczyna i wróciła do pracy.
Gdy Eliza skończyła czytać zaledwie pierwszy opis morderstwa, Hanna wyszła z pokoju. Nawet nie będzie jej brakowało. Teraz na pewno uda się jej napisać ten artykuł.

Chociaż wolała książki science fiction niż kryminały, to przyznała że z każdą kolejną kartką, czekała w oczekiwaniu na to, jak potraktuje kolejną kobietę. Ani sposób zabójstwa, ani nawet miejsce porzucenia zwłok czy pora dnia nie łączyły się ze sobą. Jedynie ofiary, które wybierał. Koleś naprawdę kochał brunetki, mające dwadzieścia osiem lat, zamieszkałe pod numerem pięć. Od razu oceniła, że pewnie któraś z nich zabawiła się jego sercem. Może nawet niespecjalnie. Jednak oni odczuwali to inaczej.
— Hej, może zjesz coś, co? — Marcin wychylił się zza drzwi z plastikowym pojemnikiem, z którego wyczuła kurczaka i dość silne zapachy. Pewnie jakaś chińszczyzna.
— Nie, dzięki. Muszę… — Zerknęła na zegarek, widząc że zostało jej tylko cztery godziny. — Naprawdę muszę się pospieszyć z tym tekstem.
— Na głodnego, to nic dobrego — odezwał się, ale został kompletnie zignorowany, bo Eliza zaczęła klepać w klawisze jakby totalnie oszalała.
            Wyszedł nauczony doświadczeniem. Widział jak wielokrotnie ignoruje Hanie, kiedy mówi o niemal całym swoim życiu. Marcinowi przeszkadzało to trochę mniej, zwłaszcza że jego koleżanka wpasowała się w jego gust.

            Kiedy wreszcie oddała szefowej ostateczną wersje, kobieta wręcz zachwycona wręczyła jej od razu ekstra pieniądze, o których wcześniej mówiła. Eliza niemal otworzyła oczy, co uszła uwadze przełożonej, która wciąż powracała do tekstu. W dodatku mruknęła jeszcze coś o stałej podwyżce.
 Poczuła, że zaczyna jej wibrować komórka w kieszeni, dlatego zapytała czy już może się oddalić. Na szczęście mogła.
            — Och — westchnęła, widząc że to Kasia do niej dzwoni. Miała złe przeczucia. — Tak?
            — Nawet nie będę cię opieprzać za to, że nie zadzwoniłaś do Ilony. — To tylko trochę poprawiło samopoczucie Elizy. — Para ta z wczoraj, która oglądała to mieszkanie, zdecydowała się już z samego rana.
            Nagle cała radość spowodowana dodatkową gotówką czy nadzieją na samotne mieszkanie, odpłynęła w niepamięć. W jednej chwili Eliza miała ochotę wydrzeć się, nie przejmując się, że jest w miejscu pracy. Nawet nie wiedziała czy powinna obarczać się winą za to, że zadzwoniła czy denerwować się na los, który sprawił że dowiedziała się o tym mieszkaniu za późno. Nie mogła jednak obarczyć za to Kaśki, która pewnie przekazała jej informacje zaraz jak się dowiedziała.
            — Hej, jesteś tam?  — usłyszała głos koleżanki
            — Hej… jestem.
            — Znajdziesz jakieś mieszkanie, spokojnie — pocieszała ją, czując że właśnie teraz jej tego potrzeba.
            — Dziadkom spalił się dom, mieszkają u nas aż skończy się remont. Przeprowadziłam się do Maćka. To mieszkanie to była moja szansa. — Cała wściekłość z niej uleciała, a teraz niemal popłakałaby się, gdyby nie to, że nie cierpiała okazywać słabości.
            — O kurde — powiedziała tylko Kaśka. — Naprawdę bym cię przygarnęła, gdybym nie mieszkała tak daleko.
            Powróciło do niej wspomnienie, kiedy koleżanka oznajmiła że wyjeżdża do Niemiec. Poświęciła się dla narzeczonego, który znalazł tam dobrze płatną pracę. A ona nie wierzyła w związki na odległości, dlatego czym prędzej pożegnała się z robotą w redakcji i wyjechała za granicę. Obiecywała czasem wracać i faktycznie dotrzymywała tego. Chociaż Elizie brakowało jej niesamowicie, choć nikomu nie przyznała się do tego.
            — A może jakiś pokój, wiesz mieszkanie z kimś? — podpowiadała Kaśka. — Takie są w całkiem dobrej cenie. Zawsze to trochę lepiej niż mieszkanie z tyloma dzieciakami. Na pewno mniej hałasu. Tylko nie bierz żadnego studenta — zaśmiała się. — Wtedy na pewno się nie wyśpisz.
            — Chciałam sama. W końcu we własnych czterech ścianach.
            Chociaż i to nie gwarantowało, że w końcu dostanie ciszy, którą tak pragnęła, to jednak we własnym domu nie musiałaby się z nikim kłócić, denerwować na zaniedbywanie obowiązków czy pomagać przy tych rozwrzeszczanych bachorach. Zbyt wiele nasłuchała się o okropnych współlokatorach, nawet od Kaśki.
            — Na pewno jakieś znajdziesz. Muszę kończyć, bo skończyła mi się przerwa w pracy, a widzę, że nadchodzi szef. Trzymaj się, dasz sobie radę.
            — Cześć — pożegnała się krótko, chowając telefon do kieszeni.
            Skierowała się zdołowana w stronę swojego pomieszczenia, ale nie zrobiła wiele kroków, kiedy ktoś znowu ją zatrzymał.
            — Szukasz mieszkania?
            Czasem odnosiła wrażenie, że Marcin interesuję się nią bardziej niż jej rodzina. Nie tylko podsłuchiwał i przekazywał jej kolejne zlecenia, czasem sam do nich zaglądając, ale i zaczął jej przynosić jedzenie albo starał się odprowadzać ją do domu czy proponować podwózki. W dodatku teraz zastanawiała się czy to tylko przypadek, że to właśnie jego pierwszego widzi, kiedy wchodzi do pracy.
            — Jakbyś potrzebowała, mam wolny pokój.                       
            — Szukam mieszkania, a nie pokoju — wyjaśniła.
            — Gość jest raczej spokojny, więc miałabyś cicho. W dodatku porządek… Zawsze mieszkanie na błysk — przekonywał Marcin, a Eliza zdała sobie sprawę, że nie mówi o sobie.
            — Jak drogo? — zapytała, wyobrażając sobie alternatywę mieszkania z Maćkiem.
            Jej brat grywał wieczorami w gry. W dodatku nagrywał na YouTube, więc wiedziała że musi czasem mieć absolutną ciszę. Ale on a nie ona. Udawało mu się to w porze, kiedy dzieciaki spały. Miała wrażenie, że znów się nie wyśpi, a już mogła pomarzyć o prywatności. Brat nie tak często wychodził z domu. Czasem widywała go tylko przy posiłkach. Mimo tego, to zawsze ją prosili o pomoc przy dzieciach zamiast niego.  Jej rodzinie wbiło się przekonanie, że to kobiety są stworzone do wychowywania dzieci. Nawet jeżeli zwracała się do nich opryskliwie i nie zachwycała się ich pyzatą buźką.
            Marcin uśmiechnął się i pozwolił sobie objąć ją za szyję. Tym razem wyjątkowo Eliza nie strzepnęła jego ręki, zbyt ciekawa informacji, których zaraz jej przekaże.
           

            Oparła głowę o dłoń, którą położyła przy oknie. Deszcz trochę obniżył jej hormony szczęścia, które pojawiły się tuż po tym, jak Marcin pokazał jej zdjęcia mieszkania kolegi. Małe, zadbane mieszkanko — tego właśnie potrzebowała. W dodatku cena również mieściła się w jej możliwościach. Z nowego miejsca zamieszkania, dochodziły jej kolejne środki transportu. Uwielbiała tramwaje. W przeciwieństwie do autobusów, nie miewały korków, toteż rzadziej się spóźniały.
            Nie zdążyła i nawet nie chciało jej się rozpakować po wczorajszej przeprowadzce do brata, toteż szybko zajęło jej przeniesienie do samochodu. Tym razem nie opierała się, kiedy Marcin zaproponował jej podwózkę a potem transport rzeczy. Właściwie nie miała tego wiele. Nie przepadała za ogromem czegokolwiek. Lubiła minimalizm i funkcjonalność.
            W dodatku nie spodziewała się, że przeprowadzi się dokładnie jeszcze tej nocy. Jednak to nie był problem dla jej nowego współlokatora. Nawet wolał, aby nie przyjeżdżała o poranku.
            To co widziała na zdjęciach, nie odbiegało od tego, co zobaczyła na żywo. Ba! Nawet jeszcze bardziej jej się podobało. W dodatku kolega Marcina również wyglądał na współlokatora, którego z miejsca polubiła. Może ocenienie człowieka tylko po tym, że miał czyste skarpetki i resztę stroju, to mała przesada, ale Eliza czuła takie podekscytowanie, że prawdopodobnie usprawiedliwiłaby ten mały defekt. Wszystko zapowiadało się tak pięknie, że czekała tylko teraz aż jej bańka pryśnie.
            — Zostawiam pod opiekę moją współpracowniczkę. Chętnie bym z wami został, ale mam pewne spotkanie — dodał melodyjnym głosem Marcin i pożegnał się.
            — Tak właściwie to Michał. — Podał rękę.
            Dopiero teraz przyjrzała się jego lekko kręconym włosom, które okalały twarz. Rzadko spotykała faceta z włosami, które mierzyły więcej niż kilka centymetrów, a w dodatku nie należały do prostych.
            — Eliza. — Uścisnęła dłoń.
            — O dość rzadkie imię.
            Właściwie nigdy się nad tym nie zastanawiała. Lubiła to, że nikt jej z nikim nie mylił. Tak jak zawsze wiele Kaś czy Ol w klasie. Nawet w życiu tak rzadko trafiała na to imię, że każdą imienniczkę miała do dziś w pamięci.
            Michał pokazał jej, co gdzie może znaleźć, ale w tej chwili tak naprawdę interesował ją tylko jej pokój oraz łóżko. Toteż nie posiedziała długo z nowych współlokatorem, niemal od razu zasypiając.
           
            Kolejne dni mijały jej wolniej. Napawała się spokojem za którym tak tęskniła i nawet wróciła do nauki programowania, którą porzuciła już jakiś czas temu. Musiała przyznać, że zbyt często brała na siebie za dużo i z pracy przychodziła zmęczona. A to tylko po to, aby nikt nie ciągał jej do zabawy z dziećmi. Wtedy nawet jej rodzice okazywali odciągali maluchy, tłumacząc, że ciocia jest zmęczona. Czasem nawet specjalnie udawała ospałą, aby zabić zapał Justyny czy Marka.
            W dodatku Marcin chyba naprawdę nie kłamał. Michał nie tylko nie hałasował, ale nie miał problemu ze sprzątaniem. Co więcej, nie gotował strasznie śmierdzącego żarcia, którego zapach roznosiłby się po całym mieszkaniu. Nie miała nic przeciw, że przyprowadzał kolegów czy koleżanki i nawet pytał ją czy nie zechce dołączyć. Ale nie nalegał i to właśnie jej się podobało.
            Któregoś z wieczoru, pokusiła się o obejrzenie filmu na kanapie w salonie. Tak wciągnęła się w fabułę, że nawet nie zauważyła, że jej współlokator przemknął do kuchni. Dopiero dostrzegła go, kiedy usiadł tuż obok, podając jej pełną miskę chipsów. Co więcej nie miała nic przeciw aby został. Może to też dlatego, że nie przyszedł z gołymi rękoma. Nawet nie przeszkadzało jej to, że komentował jej film. Chociaż nienawidziła, gdy ktoś rozmawiał przy nim. Jednak Michał wypatrywał nieścisłości albo rzeczy, na które Eliza nie zwróciłaby uwagi.
            Kolejnym razem, jakoś zagapiła się i sięgnęła gołymi rękoma po garnek z gorącą wodą. Natychmiast go zrzuciła na podłogę. Nie tylko oparzyła sobie palec, ale i stopę.
            — Co się stało? — Od razu pojawił się Michał, przywołany dźwiękiem starcia metalu z podłogą. Nie musiał jednak pytać.
            Od razu przyszedł z pomocą i wsadził jej stopę do chłodnej wody w misce. Palcem u ręki zajęła się sama. Nawet nie powiedział nic o tym, aby następnym razem uważała albo coś w tym stylu. Nie zdążyła zaoponować też, kiedy opatrywał jej stopę. W dodatku nawet nie odczuwała niekomfortowego dotyku.
            — Chyba nawet nie będzie blizny po tej ranie — odparł tylko po skończeniu.
            — Dziękuję.
            Michał odwdzięczył się szczerym uśmiechem.
            A ona zaczęła zastanawiać się, kiedy ostatnio przyjęła czyjąś pomoc i kiedy wypowiedziała szczere podziękowanie, które nie było tylko krótkim „dzięki”.
            W dodatku im dłużej tu mieszkała tym bardziej zastanawiała się nad tym czy jej pomysł mieszkania samej byłby taki idealny. Przyłapała się kilka razy na tym, że tęskniła za tym gwarem i nawet tymi prośbami o zabawy. Nigdy nie pomyślałaby, że kiedyś odczuje brak tego. Nawet cieszyła się, kiedy Michał wracał do domu, bo czuła kogoś obecność. Czasem gdy włączyła telewizor, to tylko czekała aż jego drzwi od pokoju się otworzą i zechce znów komentować jej film.

            Największym zaskoczeniem dla niej okazało się, że kiedy Kaśka znów zadzwoniła z propozycją taniego mieszkania, to Eliza po godzinnie oddzwoniła i odmówiła. Nawet jej poprzednia współpracownika nie spodziewała się, że kiedyś zmieni zdanie, a co dopiero ona sama. 

Żołnierzyk

5.07

            Kiedy byłem jeszcze małym chłopcem, bawiliśmy się z tatusiem w „Polowanie”. Moi koledzy nazywali zabawę „berkiem”. Wybieraliśmy się do wielkiego lasu, w którym drzewa sięgały nieba, i staraliśmy się nawzajem złapać. Tatuś ze swoją protezą biegał wolniej ode mnie, mimo że wówczas miałem dopiero siedem lub osiem lat. Teraz jestem już prawie dorosły i mam ich jedenaście.
            Zawsze po Polowaniu wybieraliśmy się na łąkę, na której rosły kwiaty o delikatnych, czerwonych płatkach. Tatuś nazywał je makami, ale ja mówiłem na nie „krwiatki”, bo zostawiały na moich palcach szkarłatne ślady. Potem ścigaliśmy się do domu i tata przyrządzał naleśniki z dżemem truskawkowym, bo takie najbardziej lubiłem.
            Niestety tatuś zawsze przegrywał w naszych wyścigach i Polowaniu, bo proteza nie pozwalała mu na nadmierny wysiłek. Było mi z tego powodu smutno, ale w końcu zrozumiałem, że ta sztuczna noga to jedynie pamiątka po męstwie ojca. I polubiłem ją. Pomagałem tacie ją myć, choć nigdy nie prosił mnie o pomoc.
            Teraz nie bawimy się w Polowanie, bo tata wciąż jest zmartwiony i smutny.

            Droga do cioci prowadzi przez wyboiste, rzadko używane ścieżki. Tata nie cierpi nimi jeździć, ale wakacje nad jeziorem to coroczna tradycja, którą dzielnie utrzymujemy. Mimo że ciocia staje się coraz bardziej nie do zniesienia. W zeszłym roku zamknęła mnie w pokoju na klucz na całą godzinę, tylko dlatego, że nie chciałem zjeść kolacji.
            Tatuś zwykle zostaje tylko na jedną noc, a ja spędzam tam cały tydzień. Tym razem jednak ma zamiar przedłużyć swój wyjazd o kilka dni.
            Samochód podskakuje, a my wraz z nim. Patrzę na piękne, gęste lasy, czasem natrafiam wzrokiem na zalesiony staw. Nie rozmawiam z tatą. Od roku mniej ze sobą rozmawiamy.
            Dom cioci to duża rezydencja postawiona tuż obok rozlewiska. Widzę już jej bramę na końcu drogi. Każdy dzieciak by się pogubił w tym miejscu, ale nie ja. Już po pierwszych wakacjach znałem każdy zakątek i wszystkie skrytki na pamięć. Ciocia Zuzia raz przyłapała mnie, kiedy wyjadałem ciasteczka ze schowka w piwniczce.
            Dom jest szaro-beżowy, a w środku nie ma takiej rzeczy, która nie utrzymywałaby się w odcieniu kremu lub bieli. Pewnie dorosłym podobają się takie miejsca, ale dla mnie ten budynek byłby strasznie nudny, gdyby nie te wszystkie zakamarki. Jest ich całe mnóstwo, a w prawie każdej zachomikowane przez ciotkę ciasteczka.
            Tata dojeżdża do bramy. Po chwili na ganku pojawia się pani Morela i otwiera mu gigantyczne wrota. Pani Morela to pokojówka, bardzo miła kobieta o siwych włosach i ciemnych, przyjaznych oczach. Naprawdę ma na imię Milena, ale nazwałem ją tak, bo jej twarz przypomina wysuszoną morelę. Żółta, pomarszczona i okrągła. Jeszcze do zeszłego lata uwielbiałem się z nią bawić w ogródku, ale teraz jest on cały porośnięty kwiatami i chwastami, przez co nie da się tam biegać. Zauważam to od razu i nastrój jeszcze bardziej mi opada.
            Podjazd jest wąski, ale pani Morela krzyczy, ze garaż został zagracony i nie ma tam miejsca na samochód. Tata zgrabnie parkuje i wysiadamy.
            Na ganek wychodzi ciocia Zuzia. Wygląda, jakby przed chwilą płakała. Włosy opadają jej na lekko pomarszczoną, umęczoną twarz, a plecy garbią jakby pod wielkim ciężarem. Tata podchodzi do niej, a ja za nim.
            – Zuza! Dzień dobry! – mówi ucieszony i obejmuje ciocię, które nagle sztywnieje i prostuje się. Tata odsuwa się od niej i śmieje się. – Jak u ciebie?
            – Dzwoniłeś z tym pytaniem dzisiaj rano – upomina go ciocia. Denerwuje mnie to. Przecież tata próbuje być miły. – Nic się nie zmieniło.
            – Upiekłaś ciasteczka?
            – Nie piekłam ich od roku. Dobrze o tym wiesz.
            – Tak, ale Kuba bardzo je lubi...
            – Nie, nie upiekłam ciastek, Karol – ucina ciocia.
            Jest mi przykro, ale nie ze względu na ciasteczka.
            Taszczę walizki po małym korytarzu udekorowanym wielkimi obramowanymi zdjęciami rodzinnymi. Na jednym widzę ciocię z mamą, bujające się na ławce w puchatych niebieskich sukniach, na innych tatusia, mnie, wujka i ciocię, ale większość fotografii przedstawia trzymających się za ręce wuja i ciotkę.
            Tata pierwszy wchodzi do naszego pokoju. To baaardzo duże pomieszczenie, z dwoma łóżkami ustawionymi obok siebie, komódką, mahoniową szafą, pudłami na zabawki. Jednak przede wszystkim jest tu gigantyczne okno, pod którym na stoliku salutuje lub mierzy z broni kolekcja ręcznie malowanych żołnierzyków. Do teraz to moja ulubiona część wakacji u cioci. Tatuś zawsze powiadał, że kiedyś też kupi mi taką kolekcję, ale na razie mu się nie udało.
            Pani Morela pomaga nam się rozpakować i nerwowymi ruchami przygładza starannie pościelone prześcieradło i kołdrę, którą zresztą też uwielbiam. Jest puchata i mięciutka, a kiedy pod nią zasypiam, mam wrażenie, że unoszę się w obłokach.
            – Przygotowałam obiad – do sypialni bezszelestnie wkrada się ciocia. W brzuchu mi burczy, więc zbiegam po schodach jak szalony. Tatuś schodzi za mną powoli, i gdy stoję już u progu ostatniego stopnia, spoglądam za siebie. Tata jest zmęczony i powoli kuśtyka, ale patrzy na mnie z uśmiechem.
            – Po obiedzie pójdziemy nad jezioro – obiecuje mi, a ja podskakuję z radości. Dopóki tatuś ze mną jest, będę szczęśliwy. Dopiero kiedy wyjedzie, mogę zacząć narzekać.
            Wchodzimy do kuchni z uśmiechami. Ciocia patrzy na nas obojętnie i wciska do rąk talerze dużego kawału kalafiora, mięsa i ziemniaków tuczących się w kałuży tłuszczu. Proponuje, byśmy zjedli na tarasie.
            Stąd rozciąga się widok na jezioro i zaniedbany ogród. Pałaszuję jedzenie praktycznie jednym haustem i siedzę zadowolony, z pełnym żołądkiem. Obserwuję rój pszczół kręcących się wokół krzaku nieprzyciętych róży.
            – Ciociu, dlaczego nie poprosisz pani Moreli, żeby coś zrobiła z tym ogrodem? – pytam.
            Tata przybiera zmartwioną minę, a ciocia zaciska wargi w wąską kreskę. Oczy jej się zwężają, mimo że już normalnie są małe jak guziki.
            – Taki mi się podoba – odpowiada. Myślę jednak, że dwór tak wygląda, bo wujek zawsze zajmował się ogrodem. Nikt inny.
            Na chwilę zapada milczenie, a ja dalej wpatruję się w bzyczące pszczółki, które też pewnie mają teraz pełne brzuszki. Tyle że od nektaru, nie kalafiora, mięsa i ziemniaków. Latają ociężale niczym spadające bombowce.
            Ciocia wstaje, wytłumaczywszy, że przyniesie kompot. Tatusiowi zostało jeszcze parę ziemniaków, więc zajada je prędko.
            – Łakomczuch – rzuca do mnie z uśmiechem, grzebiąc w jedzeniu.
            Śmieję się. Wygłupiamy się jeszcze chwilę, póki ciocia nie wraca z trzema szklankami wiśniowego kompotu. Nigdy nie lubiłem tego napoju, ale tak mi się chce pić, że mój kubek robi się pusty po kilku sekundach. Tata i ciocia natomiast, jak to dorośli, delektują się piciem i z melancholią spoglądają na jezioro.
            Podążam za ich wzrokiem. To na tej plaży bawię się co roku, uczę się pływać i coraz lepiej mi idzie. Wujek mnie uczył. Mówił, że w życiu trzeba umieć jak najwięcej rzeczy, by zawsze być z siebie dumnym. Ja mam inne zdanie. By zawsze być z siebie dumnym, trzeba poświęcać się dla dobra innych. Tak jak mój tatuś poświęcił nogę.
            Tata prosi mnie, bym poszedł do pokoju i założył kąpielówki. Salutuję żartobliwie, biegiem rzucam się do środka i po chwili siedzę w pokoju na łóżku. Gdy już jestem ubrany, do pokoju wchodzi tata. Wychodzę i postanawiam przejść się po domu.
            Piętro jest mniejsze od parteru. Jest tu tylko nasz pokój, schowek na miotły i mopy, mała sypialnia pani Moreli, duża łazienka z porcelanową wanną i największe pomieszczenie – gabinet cioci. Tam śpi, pracuje – ciocia pisze książki znane na całą Polskę – i czasem przesiaduje całymi dniami, jak twierdzi, czytając.
            Pukam do drzwi pokoju pani Moreli. Nie czekając na odpowiedź, wchodzę. Zastaję zapłakaną kobietę smarkającą w chusteczkę. Pani Milena siedzi na łóżku, a obok niej leży walizka do połowy spakowana. Ubrania walają się po całym pokoju.
            – Och! – piszczy pani Morela na mój widok i natychmiast się prostuje i ociera ostatnie łzy. – Co tu robisz, Kuba?
            – Chciałem zapytać, czy nie chce się pani wybrać ze mną i tatusiem na plażę.
            – Bardzo bym chciała, ale widzisz, jestem zajęta...
            – Ciocia panią zwolniła? – pytam z lękiem.
            Kobieta znów smutnieje i dotyka swoich pomarszczonych policzków. Wzdycha.
            – O poranku wyjeżdżam. Przykro mi, Kubusiu, ale...
            Znów wzdycha i przywołuje mnie do siebie gestem. Siadam obok niej na łóżku, które zapada się pod moim ciężarem i głośno skrzypi.
            – Posłuchaj, sama się zwolniłam. Pani Zuzanna robi się nie do wytrzymania. Proszę, zawsze jej słuchaj i nie kłóć się z nią. Wyobraź sobie, że śpi w niej zaklęta bestia, którą może obudzić każdy głośniejszy krok lub nieostrożny ruch.
            Nie do końca rozumiem, ale kiwam głową.
            – Bez pani te wakacje będą bez sensu...
            Pani Morela znów płacze, ale na jej twarzy gości uśmiech.
            – Uważaj na siebie, Kuba.
            Zostawiam panią Milenę samą i wracam do pokoju. Tata stoi w drzwiach, gotowy do wyprawy na plażę.
            Wybieramy się nad jezioro sami, we dwójkę. Cieszę się, że ciocia nie zechciała z nami wyruszyć. Zrobiła się jeszcze bardziej oschła i zimna niż zwykle. Nie dziwię jej się, ale postanawiam podążać za radą pani Moreli i jej unikać.
            Wychodzimy przez taras. Idziemy do tylnej furtki. Rozglądam się po zapuszczonym, zaniedbanym ogrodzie. Było tutaj tak pięknie. Myślę o pani Milenie i robi mi się bardzo przykro. Nie wiem, jak przetrwam te pięć dni sam na sam z ciocią.
            Tata rozkłada ręcznik na piaszczystej plaży, a ja natychmiast rzucam się z dzikim wrzaskiem do wody. Chlapię na wszystkie strony, krzyczę do tatusia, śmieję się i zaczajam na ławice szarych ryb. Dopływam do najbliższej pałki wodnej, muskam ją palcami. Nurkuję i widzę muł porośnięty wodorostami, o które co chwila zahaczam stopami.
            Jestem taki szczęśliwy. Mam nadzieję, że codziennie będę tutaj przychodzić. Byle jak najdalej od cioci.
            Tata mnie nawołuje. Wychodzę na brzeg, trzęsący się i siny z zimna. Tatuś opatula mnie ręcznikiem, a gdy wysycham prawie całkowicie, wracamy do rezydencji.
            Oczywiście ścigamy się do drzwi. I oczywiście ja wygrywam.
            Gdy jesteśmy już w pokoju, tata zaczyna czytać książkę. Ja bawię się żołnierzykami. Najbardziej lubię żołnierza w nieco przekrzywionym hełmie i o brakującej nodze. Nigdy nie stoi stabilnie, ale przypomina mi tatusia i w moich zabawach zawsze jest największym bohaterem.
            Szybko mi się nudzi samotna zabawa i zaciągam do niej niechętnego tatę. Na szczęście szybko wraca mu humor i bawimy się razem jeszcze długi czas.
            Gdy zegar cioci wybija smutną melodię na osiem nut, wstajemy i ruszamy na dół. Osiemnasta.
            – Tato, wiesz, że pani Morela się zwolniła? – pytam, gdy schodzimy po schodach.
            – Słyszałem – tatuś kiwa głową z powagą.
            – Naprawdę muszę zostać tu na cały tydzień?
            – Synku – tata zatrzymuje się na chwilę, wpatruje się we mnie ciepłymi, brązowymi oczami. To spojrzenie zawsze dodawało mi otuchy. Jakby ktoś zapalił latarkę w bezkresnej mgle. – Z ciocią jest nieco gorzej, niż myślałem. Ale już umówiłem się z Frankiem, by odebrał cię za tydzień w piątek – pan Franek to najlepszy przyjaciel taty. Czasami wyjeżdżają razem nad morze lub w góry. Co roku odbierał mnie z rezydencji cioci i wracaliśmy do domu, w którym czekał na mnie tata. Ze względu na protezę i papierkową robotę, której ma mnóstwo nawet w wakacje, nie jest w stanie mnie odwieźć. Ledwo udało mu się załatwić urlop na te trzy dni. – Poza tym, w domu na pewno byś się nudził. Tutaj masz do dyspozycji całe szeregi lasów, pól i jezioro. Jestem pewien, że będziesz się tu dobrze bawił.
            Tata czochra mnie po włosach i uśmiecha się. Postanawiam mu zaufać, choć mam wątpliwości co do ostatniego zdania.
            W rezydencji cioci panuje wiele zasad. Jedną z nich są regularne posiłki. Ósma – śniadanie. Dwunasta – kawa. Czternasta – obiad. Osiemnasta – podwieczorek. Dwudziesta – kolacja. Zegar jest ustawiony przez wujka tak, by wybijał melodię o właśnie tych porach. Nigdy się nie zepsuł. Stoi na szafce w korytarzu na piętrze, jest udekorowany złotymi paskami.
            Choć nie ma moich ulubionych ciastek cioci, zajadam ze smakiem przywieziony przez tatusia sernik. Kupił go w cukierni w naszym mieście. Gdy kończę, na talerzu zostawiam tylko wydłubane widelczykiem rodzynki.
            Ciocia milczała i nic nie zjadła, nawet nie wypiła. Wygląda na bledszą niż zwykle. Gdy zaczynam z tatą wojnę na sztućce, krzyczy na nas.
            – Co wy wyprawiacie?! To srebrna zastawa po Julianie! – gdy na nią spoglądam, spodziewam się, że zobaczę na jej twarzy uśmiech i jestem zadowolony, że udało nam się ją rozśmieszyć. Sądzę, że żartuje, przecież nie możemy zniszczyć widelców przez jakąś głupią zabawę. Jednak gdy patrzę na ciocię, widzę gniew i szał. – Do cholery! Zostawcie to! – siłą wyrywa mi i tacie sztućce, ciska nimi o blat i wrzeszczy dalej. – Ty! – zwraca się do mojego taty. – Nigdy nie miałeś szacunku do niego! Popełniłam błąd, zapraszając was tutaj!
            Teraz rozumiem, o czym mówiła pani Morela. Zbudziliśmy potwora.
            – Zuziu, spokojnie... – zaczyna mój tata.
            Gdy szok minął, zaczyna narastać we mnie gniew. Ciocia wygaduje bzdury i oskarża tatusia o kompletne idiotyzmy.
            – Spokojnie?! Spokojnie?! – powtarza ciotka jak w mantrze, z wykrzywioną w wściekłości twarzą.
            – Ciociu! – nie wytrzymuję. – To tylko zabawa!
            – Zabawa? – spojrzenie rozwścieczonej ciotki kieruje się na mnie. – Zabawa?
            Podchodzi do mnie i zrywa z krzesła, szarpiąc za ucho.
            – Szczeniaku! Ty też nigdy nie kochałeś wujka! Tylko ja go kochałam! Myślisz, że to zabawa, hę? A to też jest zabawa? – Nie było dane mi dowiedzieć się, co też jest zabawą, gdyż tata odciąga ciocię ode mnie jednym silnym ruchem.
            – Co w ciebie wstąpiło, Zuza? – krzyczy i patrzy na mnie ze zmartwioną miną. – Kuba, idź do pokoju.
            – Tak, tak, poślij go do pokoju, zanim szalona ciocia rozwali twojemu synkowi łeb! Wy wszyscy myślicie, że ja jestem jakaś nienormalna, co?! Ale to w was diabeł wstąpił...
            Głos niknie, gdy, jak mi się wydaje, z prękością światła biegnę do pokoju i zatrzaskuję się  w nim. W uchu pulsuje tępy ból, słyszę swój urywany oddech. Nie chcę tu spędzać wakacji. To mało powiedziane. Boję się cioci.
            Rzucam się na łóżko i chowam twarz w poduszce. Natychmiast jednak się od niej odsuwam i wpatruję ze zdziwieniem. Wydała z siebie dziwny trzask, jakbym złamał coś pod nią.
            Unoszę poduchę i znajduję pod spodem rozkruszone ciasteczko. Ciocia nie pozbyła się swojej manii chomikowania ciastek. Na pewno zostawiła je też w innych miejscach.
            Drzwi pokoju uchylają się. Odwracam głowę, spodziewając się zobaczyć tatę, ale w progu stoi pani Morela w szlafroku.
            – Mogę wejść? – pyta drżącym głosem.
            Kiwam głową zamaszyście i siadam na łóżku. Pani Milena robi to samo i obejmuje moją dłoń swoimi pomarszczonymi rękami.
            – Kubusiu – zaczyna. Widzę, że jest wystraszona. Sam się boję. – Obudziliście bestię. Musicie być ostrożniejsi. – przełyka głośno ślinę. – Może brzmię jak nawiedzona, ale to... ważna kwestia. Potwór pójdzie z powrotem spać, ale uważajcie, by nie zbudzić go raz jeszcze. Podczas kolacji...
            – Nie będzie jej na kolacji – za ramieniem pani Moreli dostrzegam tatę, wzburzonego i z zaciśniętymi pięściami. – Zuza wyszła, zatrzasnęła za sobą drzwi i poszła gdzieś, nie wiadomo gdzie. Powiedziała tylko, że kolacji nie będzie.
            Pani Morela wstaje powoli i mierzy tatusia wzrokiem.
            – Karol – mówi i uśmiecha się na przywitanie. Tata odwzajemnia uśmiech, choć niezbyt wesoły.
            – Może lepiej, że wyszła. Chodź, Kuba, sami zrobimy sobie kolację.

~ ~ ~

6.07

            Kiedy byłem jeszcze małym chłopcem, uwielbiałem ciastka cioci. Szukałem ich po całej rezydencji, zwykle znajdowałem całe góry ciasteczek w schowkach i pod poduszkami. Część zjadałem na miejscu, inne zostawiałem na później, a te wyglądające najapetyczniej chowałem do walizki i wracały ze mną do domu. Ciacha cioci są okrągłe, kruche i czekoladowe, ale nadzienie mają zawsze inne. Truskawkowe, waniliowe, orzechowe... moim ulubionym był śmietankowy, niebiańsko mięciutki krem, który niestety zdarzał się raz na dziesięć ciastek.
            Rzadko dzieliłem się z tatą, bo wiedziałem, że nie przepada za słodyczami. Czasami jednak je ze mną podgryzał. Wybierał wtedy te z orzechowym nadzieniem.
            Teraz tata w ogóle nie jada słodkiego. Często widzę go zatroskanego i smutnego.

            Tej nocy nic mi się nie śniło. Choć koszmar nawiedzonej cioci powraca wraz z początkiem dnia.
            Budzi nas głośne zawodzenie, jakby ktoś dusił psa.
            – Zuza! – krzyczy tata i wyskakuje z pościeli z prędkością światła. Wybiega z pokoju, a potem słyszę jedynie tupot. Po chwili skowyt cioci ustaje, zastąpiony cichym szlochem.
            Niestety cisza nie trwa długo, bo moich uszu dobiega straszny wrzask.
            – Wy wszyscy... nic o nim nie wiedzieliście!!!
            Trzask. Tupot.
            Tata pojawia się w drzwiach. Ma zatroskaną minę, przeczesuje włosy nerwowymi ruchami.
            – Nie wychodź na razie z pokoju, dobrze, Kuba?
            Kiwam głową. Jestem zbyt zdenerwowany, by odpowiedzieć.
            Tatuś zamyka drzwi i wraca do cioci. Przez następne długie, przeciągające się w nieskończoność chwile, trwa niezmącona niczym cisza. Później słyszę stłumiony głos pani Moreli:
            – Karol, przejdzie jej. Zostaw ją.
            Drzwi z hukiem znów się otwierają, ciocia dalej się wydziera.
            – Wy! Zmawiacie się przeciwko mnie, co?! Milena! Nie powinno cię tu być od dziesięciu minut! Znikaj stąd, precz z moich oczu!
            Słyszę walizkę uderzającą o podłogę i wyobrażam sobie zapłakaną panią Morelę zbiegającą po schodach.
            – Idę robić śniadanie – mówi nagle spokojnym głosem ciocia.
            Mój tata nic nie odpowiada. Gdy stukot kozaków ciotki niknie na dole, ojciec otwiera drzwi mojego pokoju. Zdenerwowanie rozpoznaję tylko po lekko zmarszczonej lewej brwi. Poza tym na twarzy tatusia maluje się spokój.
            – Ubierz się – mówi, po czym bierze swoje ubrania i wychodzi do łazienki.

            Śniadanie mija wolno. Siedzimy przy stole w zupełnej ciszy. Słychać jedynie głęboki, drżący oddech cioci.
            Po posiłku zaszywam się w sypialni i całymi godzinami bawię się żołnierzykami.
            Wiem, jak ciężko jest cioci. Ma już swoje lata. Pamiętam, że kiedyś powiedziała, iż nie wyobraża sobie życia bez wujka; wpatrywała się we mnie z bardzo poważnym wyrazem twarzy i ściskała wujka za rękę. Pomyślałem wtedy: „fuj!”, bo byłem jeszcze małym chłopcem i miłość mnie brzydziła. Oczywiście inna niż ta do taty. Jednak teraz, gdy o tym myślę, jestem raczej... smutny. Wujek zginął rok temu w wypadku samochodowym dwa tygodnie po moim wyjeździe. To nie była jego wina. Umarł razem z pijanym winowajcą. Tyle wiem. To był drugi pogrzeb, na którym byłem. Od tego czasu cała rodzina bardzo się zmieniła. A szczególnie najbliższe mi osoby: ciocia i tata. Cóż, ciotka stworzyła kompletnie nową osobowość. Już od dawna miała problemy psychiczne, ale nikt nie chciał zdradzić mi nic więcej. Pamiętam tylko, że z każdymi wakacjami była coraz bardziej nerwowa i nie kłóciła się jedynie z wujkiem. Byłem na nią zły i nie rozumiałem jej zachowania. Teraz jednak czuję współczucie i strach. Chyba dojrzałem od ostatnich wakacji. Tata zawsze powtarzał, że empatię trzeba rozwijać z każdym dniem, nie oceniać nikogo pochopnie i traktować wszystkich ludzi równo. Kocham tatusia. Jest najmądrzejszym człowiekiem na świecie.
            Pierwszym pogrzebem w moim życiu był pogrzeb mamy. Miałem wtedy zaledwie rok. Oczywiście dorośli chronią mnie przed drastycznymi szczegółami, wiem jedynie, że zachorowała na raka płuc. Nie pamiętam jej. Znam ją tylko z opowieści taty. Mamusia miała niebieskie oczy, tak jak ja, brązowe włosy, i „najpiękniejszy uśmiech na świecie”. I osobowość anioła. Pracowała jako pielęgniarka. Podobno potrafiła zdziałać większe cuda od lekarzy. Była tak dobra dla pacjentów. Uczestniczyła także w wolontariatach. Tatuś mówi, że wszyscy ludzie tacy jak ona trafią po śmierci do miejsca lepszego niż niebo.
            Często myślę o wujku i mamie. Wyobrażam sobie, jak mamusia całuje mnie w czoło na dobranoc, śpiewa mi kołysanki, a tatuś trzyma ją za rękę; tak, jak ciocia trzymała wuja. Ciocia była siostrą mamy, ale ciotka nigdy nie wspomina o mamusi. A od kiedy wujek zginął, w ogóle o nikim innym nie wspomina.
            Tatuś powiedział mi na pogrzebie wuja, że przeżyłem już więcej niż moi kumple ze szkoły. Nie do końca wiem, co miał na myśli. Nie czuję się od nich mądrzejszy ani bardziej doświadczony, a jedynie smutniejszy. Nie potrafię znaleźć siły w mojej nieżyjącej rodzinie, mimo że tata czasem klepie mnie po ramieniu i powiada: „zróbmy to dla mamy”. Nie rozumiem. Przecież ona nie żyje.
            Sobota jest zwykle dla mnie najcudowniejszym dniem tygodnia, ale tym razem wszyscy jesteśmy ponurzy. Tata nie odzywa się do cioci, ani ona do niego. Wychodzę z pokoju jedynie na obiad, podwieczorek i kolację. Zerkam czasem na ciotkę, która wciąż jest podminowana. Kiedy bestia całkowicie zaśnie? Jak ją zabić?
            Wieczorem próbujemy zasnąć, ale czujemy się, jakby wisiała nad nami jakaś groźba.
            – Kuba, zastanawiam się, czy rzeczywiście cię tu zostawić na ten tydzień. Rozumiem, że nie jesteś chętny? – pyta tata.
            – Ani trochę – burczę, zwijając się w kłębek na łóżku.
            – Pomyślę o twoim przedwczesnym wyjeździe. Jeśli cioci się nie poprawi... – głos taty więźnie mu w gardle, słyszę, jak przełyka ślinę. – Nie wiem, synku. Zobaczymy.

~ ~ ~

07.07

            Kiedy byłem jeszcze małym chłopcem, bardzo mocno wierzyłem w Boga. Tata wierzył. Zabierał mnie do kościoła. Pamiętam, jak wyglądał podczas modlitwy. Skupiony i z zaciśniętymi zębami. Zapytałem go kiedyś, o co się tak gorliwie modli. Odpowiedział mi: „o najlepsze miejsce dla mamy”. Od tamtego czasu ja również modliłem się codziennie o dobro dla mamy.
            Tatuś wierzy w życie po śmierci. Mimo tego, co przeżył. Przeżył wojnę. Widział przeciwieństwo człowieczeństwa. Widział krew. Widział za dużo. Przynajmniej tak powiadał dziadek. Ja niewiele rozumiem ze słowa „wojna”, ale podejrzewam, że zabrała tacie więcej niż tylko nogę.
            Jeśli człowiek, który zobaczył najgorsze rzeczy wierzy w niebo i w Boga, to ja też w to wierzę. Choć po tym, jak zobaczyłem, co z ciocią zrobiła śmierć wujka – która nie musiała nadejść – nie jestem pewien niczego.
            Może rzeczywiście widziałem już więcej od kolegów z klasy. Może rzeczywiście jestem inny.
            Wolałbym nie być.

            Tata wciąż wierzy. Oby wierzył też w minucie śmierci.
           
            Rano wstajemy z ociąganiem. Kolejny dzień w rezydencji cioci. Tata ma nieco lepszy humor  i widząc moje mozolne, niechętne ruchy mówi wesołym tonem:
            – Na pewno cioci się polepszyło. Jestem tego pewien. Wczoraj prawie cały dzień nic nie mówiła, pewnie myślała nad swoim zachowaniem. Zaraz zejdziemy na dół i zastaniemy ją smażącą naleśniki...
            Niestety, gdy wchodzimy do kuchni, widzimy ciocię skuloną na krześle. Trzyma się za głowę i krzyczy:
            – Nie! Nigdy tego jej nie wybaczę! Dlaczego mi go odebrałaś? Nie! Nigdy! Dlaczego...
            Kieruje spojrzenie obłąkanych oczu na nas.
            – Co wy tu robicie? – syczy.
            – Zuza...
            – Nie mów tak do mnie! – wrzeszczy ciocia, wstaje i ciska krzesłem o podłogę. Jest rozgniewana, ale przecież nie obudziliśmy potwora. – Tylko on... tylko on miał prawo do mnie mówić! Cokolwiek!
            Tata nie wie, co robić. Widzę, że jest całkowicie zdezorientowany i zbity z tropu. Jak zareagować? Jak uśpić potwora?
            – Zuziu... – tatuś podchodzi niepewnie do ciotki. Proteza skrzeczy pod jego ciężarem. – Proszę, spokojnie...
            Ciocia patrzy z przerażeniem na wyciągniętą dłoń taty i nagle wybiega z domu przez taras.
            Tata wzdycha.
            – Kuba. Ciocia potrzebuje fachowej pomocy. Oraz naszej pomocy – odwraca się i patrzy na mnie z czułością. – Pomóżmy cioci odzyskać osobowość. Nie uciekajmy. Zróbmy to dla mamy, dobrze?
            Nie wierzę, że cioci cokolwiek pomoże. Nie chcę tu spędzać wakacji. Strasznie się boję. Tak bardzo pragnę wrócić do domu.
            – Dobrze – mówię cicho, zupełnie zaprzeczając swoim myślom.
            Choć jestem bliski płaczu, muszę powstrzymać łzy. Nie będę płakał przy tacie.
            Tatuś spogląda na mnie. Mam wrażenie, że widzi przerażenie w moich oczach. Kuca i przytula mnie. Ostatnio rzadziej to robił. Tym bardziej, że ja mu nie pozwalałem. Przytulanie jest niemęskie. Jednak tym razem czuję wielką potrzebę, by być jak najbliżej taty. Ściskam go i zamykam oczy. Wyobrażam sobie, że mama podchodzi do nas i dołącza się do przytulania. Widzę jej niebieskie oczy, czuję jej zapach; jeszcze nigdy nie czułem z nią takiej bliskości jak dzisiaj. Nie wiem, dlaczego potrafię sobie ją wyobrazić tak wyraźnie. Akurat dzisiaj. Każdy szczegół na jej skórze, jej niebiański uśmiech, sukienkę w paski.
            Gdy tata odsuwa się ode mnie, obraz mamy znika. Z jeszcze większym trudem powstrzymuję łzy.
            – Weź jedzenie na górę. Kiedy wrócę, zjemy razem w pokoju. Idę przywołać ciocię do porządku.
            Mam złe przeczucia, ale pozwalam tacie wyjść przez drzwi na taras i popędzić za śladami ciotki. Wyjmuję z lodówki całą górę jedzenia, pakuję ją w miski i idę na górę.

            Siedzę sam na łóżku już dobrą godzinę. Nie martwię się. Nie mogę się martwić.

            Tatuś w końcu pojawia się w progu. Siada na moim łóżku i mówi zmartwionym głosem:
            – Znalazłem ciocię w lesie daleko od domu. Chyba... – myśli nad czymś intensywnie, ale niczego nie mówi na głos. W końcu kontynuuje dziwnym głosem. – Nie sądzę, byśmy... – znów się zacina. Nic nie rozumiem.
            Patrzę, jak mi się zdaje, zachęcającym wzrokiem na tatę. On jednak kręci głową i zagryza dolną wargę.
            Jest ciągle wyprostowany. Jak żołnierz.
            – Kuba. Chcę, byś na razie trzymał się od cioci z daleka, dobrze?
            – Dobrze.
            Chciałbym, by to wszystko nigdy się nie zdarzyło. Czuję w sobie wiercący czarną dziurę niepokój, żołądek mam ciągle ściśnięty. Nienawidzę tych wakacji. Chcę, by się już skończyły.

            Nie zawsze byłem tak wyrozumiały w stosunku do cioci. Gdy w zeszłe lato zamknęła mnie w pokoju na godzinę, byłem wściekły. Wujek był akurat na polowaniu – tym prawdziwym – i o niczym nie wiedział. Pamiętam panią Morelę, która była równie zła na ciotkę.
            Jestem prawie w stu procentach pewny, że gdyby nie nieobecność wuja, nie zrobiłaby tego. Przy tym mężczyźnie zmieniała się całkowicie. Jakby jej wszystkie problemy psychiczne znikały. Była uśmiechnięta, rozpromieniona i wesoła. Choć za mną nigdy nie przepadała i trzymała dystans. Nigdy nie rozumiałem, czemu, i było mi bardzo przykro. W końcu sam znielubiłem ciocię, która z każdym latem stawała się coraz gorsza.
            Tata od kiedy pamiętam umiał dogadać się z każdym człowiekiem. Gdy dziadek kiedyś go spytał o tę świetną umiejętność charyzmy, tatuś odpowiedział ze śmiechem, że wystarczy nie rozmawiać o polityce i religii, a wszystko będzie w porządku.
            Tak samo było z ciocią. Byli przyjaciółmi do śmierci wujka. Po niej ciocia obwiniała dosłownie wszystkich, oddaliła się od naszej niewielkiej rodziny i prawie w ogóle nie wychodziła z rezydencji. A teraz jeszcze pani Morela od niej uciekła. Nie wyobrażam sobie dalszego życia ciotki. Zupełnie samotna w tej wielkiej willi... będzie jej trudno. Pewnie zwariuje jeszcze bardziej.
            Całe szczęście, że tata pewnego dnia wziął mnie na stronę i wytłumaczył, że ciocia jest trochę inna od innych ludzi. Używał słów: „problemy psychiczne”, „złość”, „słabe nerwy”, a nawet wspomniał o śmierci matki. Właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że ciotka straciła dwie najważniejsze osoby w swoim życiu. Współczułem jej. I zrozumiałem.
            Od dzieciństwa zewsząd dotykała mnie śmierć, odbierała mi rodzinę kawałek po kawałku, a ja przestałem być beztroskim dzieciakiem bawiącym się w Polowanie, którym byłem niegdyś. Z każdym kolejnym latem rozumiałem świat coraz lepiej.
            Tata stracił nogę na wojnie. Mama zmarła, nim zdążyłem ją poznać. Wujek zginął, zostawiając ciocię bliską obłędu.
            Często zastanawiam się, co by było, gdyby zatrzymać ten ciąg. Gdyby tata nie poszedł na wojnę, a mama nigdy nie zachorowała. Możliwe jednak, że wtedy nigdy nie pojawiłbym się na świecie. Albo że rodzice nigdy by się nie poznali.
            Chyba wciąż niczego nie rozumiem.

            Nie zjedliśmy śniadania. Ciocia wróciła dopiero na obiad, ale tata musiał go przygotować, gdyż ciotka nie kontaktowała. Przez cały czas siedzi nieruchomo na krześle i patrzy w jakiś punkt, na coś, czego my nigdy nie zobaczymy.
            Po posiłku idziemy z tatą nad jezioro. Tatuś nie chce zostawiać cioci samej, ale ta odzywa się dziwnym głosem:
            – Nie, idźcie beze mnie.
            Bawiliśmy się w „kolory”. Zamierzaliśmy zostać na plaży dłużej, ale z jednej chwili słoneczne niebo zmieniło się w korek szarych chmur. Zaczyna padać deszcz, dość mocny, i wróciliśmy do rezydencji zupełnie przemoknięci. Mamy nadzieję na podwieczorek, ale cioci ani widu ani słychu. Tata idzie jej poszukać.
            Znalazłem w lodówce resztkę sernika i stare słodycze upchane za kartonem mleka. Przygotowuję dwie miski słodkiego i zanoszę na górę, a potem wracam się jeszcze po sok i wodę. Mam w pokoju spory zapas jedzenia, ale sam nie zamierzam go tknąć. Czekam na tatę.
            Czekam. Czekam. Czekam.

            Być może byłem zbyt wystraszony, a może zbyt zaskoczony. A może zrozumiałem, że i tak bym nie pomógł.
            Być może chciałem coś zrobić, ale nie potrafiłem.
            Być może uratowałbym go.
            Być może mógłbym choć raz zachować się jak tata. Jak żołnierz.

            Czekam.

            Nie wiem, dlaczego padło akurat na nas.
            Nie wiem, dlaczego padło akurat na tatę.
            Nie wiem, dlaczego padło akurat na mnie.

            Czekam.

            To, jak bardzo żałuję, że się nie ruszyłem, jest nie do opisania.
            To, jak bardzo chcę go jeszcze raz przytulić, jest nie do opisania.
           
            Czekam.

            Dotychczas byłem tylko nieświadomym dzieciakiem. „Szczeniakiem”.

            W otwartych drzwiach widzę korytarz. Drzwi gabinetu ciotki naprzeciwko otwierają się gwałtownie i wychodzi z nich zrezygnowany tata.
            – Nie mogłem znaleźć cioci... – zaczyna, ale urywa. Wpatruje się w coś na schodach. Po chwili i ja to słyszę. Bam, bam, bam. Ktoś wolno wchodzi na górę.
            Na korytarzu pojawia się ciotka. Ma szeroko otwarte oczy, jest rozdygotana i spocona. Trzęsie się.
            – Zuza! – tatuś biegnie do niej. W chwili, gdy znajduje się tuż obok cioci, ta kopie go w protezę.
            Z ust wyrywa mi się krzyk.
            W następnych chwilach jestem już sparaliżowany od stóp do głowy. Nie jestem w stanie nawet poruszyć palcem. Umiem tylko patrzeć i słuchać.
            Ciocia odwraca się do mnie. Widzę obłęd wypisany na jej twarzy, oczach i ruchach. Staram się. Chcę wstać i uciec, ale nie potrafię.
            Kobieta, która jest mi już obca, wolnym krokiem zmierza ku mnie.
            – To jej wina – szepcze sennym głosem do siebie, sięga do kieszeni. Ku mojemu przerażeniu wyjmuje z niej nóż kuchenny, ostry jak brzytwa. – Jej wina. Nie twoja. Ona go zabiła. I przyszła zabić winnych.
            To jasne, że bredzi.
            Za jej plecami dostrzegam tatę zwijającego się bólu. Po chwili jednak zasłania mi go postać obłąkanej kobiety z ognikami w oczach.
            Jest już w pokoju. Nóż w jej dłoniach się trzęsie. Odbija światło zachodzącego słońca.
            – Jej wina... ich wina... nie moja wina...
            Kobieta unosi drżące ręce. Stoi nade mną. Zabije mnie, dociera do mnie w tym samym momencie, w którym tata krzyczy:
            – Zuza!
            Kobieta odwraca się powoli i nóż opada.
            – Ty chora suko! – krzyczy tatuś. Leży na podłodze, nie może się ruszyć. – Ty go zabiłaś?!
            – Nie ja. Ona.
            – Ona, czyli kto, do cholery?! Zostaw mojego syna!
            Kobieta mechanicznym krokiem zbliża się do tatusia, który usiłuje wstać. Coraz lepiej mu idzie. Widzę, że unieruchomione kolano uniemożliwia mu skomplikowane ruchy, ale stoi już na nogach.
            Kobieta omija tatę i wchodzi do gabinetu. Tata obserwuje drzwi przez całe dziesięć sekund.
            Po tym czasie kieruje spojrzenie na mnie.
            – Kuba. Musimy stąd uciekać. Szybko.
            Tata wolnym krokiem podchodzi do schodów.
            – Dalej, Kuba. Uciekamy.
            Czuję, że sparaliżowanie zaraz minie. Jest na granicy. Jeszcze chwila i będę mógł uciec. Razem z tatą. Wyjedziemy stąd i wrócimy do domu. Wszystko będzie w porządku. Już nigdy więcej nie zobaczę cioci. Uciekniemy, a śmierć już nigdy nie dotknie naszej rodziny.
            To, co dzieje się w następnej minucie, jest dla mnie czymś więcej niż koszmarem.
            Kobieta otwiera drzwi. Trzyma wiatrówkę. Tę, której używał wujek do prawdziwego polowania.
            Wrzeszczy i naciera na tatę, który zdezorientowany uskakuje na pierwszy stopień.
            – Nie!
            Znikają mi z oczu. Teraz tylko ich słyszę.
            – Kogo jeszcze zabiłaś, potworze? Kogo jeszcze?
            – Ja nikogo nie zabiłam. Ludzie sami się wykańczają, a ona ich zabija...
            – Przestań bredzić! Kogo „ona” jeszcze zabiła?
            Milczenie. Piętnaście sekund.
            – Moją siostrę – cichy, dziwny ton.
            Przez pięć sekund trwa cisza.
            – Ewelinę? – nieobecnym, drżącym głosem odzywa się tatuś.
            – Potwory... są... blisko...
            Było to ostatnie, co usłyszałem. Potem ciszę przerywały tylko nienaturalne wrzaski i trzaskanie, tupot i jęki nadużywanej protezy.
            A na końcu wystrzał.
            Cisza.
            A potem drugi.
           
            Kiedy byłem jeszcze małym chłopcem, mój tatuś żył.

~ ~ ~

            Dziesięć minut. Tyle mija i ciszę przerywa smutna melodia wygrywana przez zegar. Tyle mija, bym znów usłyszał jego głos.
            Dziesięć minut w paraliżującym strachu. Dziesięć minut w obłędzie. W martwej ciszy.
            Zegar przestaje grać.
            – Synu.
            Przemówił. I wtedy wiem, że też umarłem. Nie wiem, jak. Może przez szok.
            Cieszę się.
            – Tato.
            Odpowiadam. Spodziewam się zobaczyć złote schody prowadzące do chmur, ale zamiast tego wciąż widzę pokój beżowy pokój. Niestety ciągle żyję.
            – Tu jestem.
            Odwracam głowę, szukając taty.
            Na podłodze stoi żołnierzyk. Ręcznie malowany żołnierzyk z rzadkiej kolekcji, którą uzbierał wujek. Żołnierzyk bez nogi, w przekrzywionym hełmie.
            To, co wtedy czułem, było pomieszaniem szczęścia, zdziwienia i jeszcze jakiegoś uczucia, którego nikt poza mną nie zrozumie.
            Nie. Może ciocia by zrozumiała, widząc „ją”.
            – Kuba.
            Małe usta żołnierzyka się poruszają. Klęczy, by utrzymać stabilność. Zdejmuje hełm, a pod spodem widzę włosy takiego samego blond koloru, jakie mam ja i tata. Schodzę z łóżka i kucam.
            – Tatusiu, to ty?
            Wygląda identycznie jak ten żołnierzyk, którym bawiłem się jeszcze dzień czy dwa temu. Jedynie oczy zmieniły kolor na brązowy, czyli taki, jaki ma tata. Przez oczy mam na myśli malutkie kropki, które kiedyś malarz umieścił na białych wypukłościach – białkach.
            Żołnierzyk rozgląda się po pokoju. Jest równie zdziwiony jak ja.
            – Co się z tobą stało, tatusiu?
            Kręci małą główką.
            – Nie mam pojęcia.
            Znów trwa cisza, w trakcie której zaczyna mi głośno burczeć w brzuchu.
            Tata się śmieje.
            – Synku, może byś coś zjadł?
            Kiwam głową. Na komodzie stoi taca ze śniadaniem i dwie miski wypełnione słodyczami. Podchodzę do niej i biorę kanapkę z serem. Przeżuwam ją wolno, choć nie czuję smaku. Mam wrażenie, że jedyne zmysły, które wciąż działają, to słuch i wzrok. Popijam sokiem.
            – Też byś coś chciał? – pytam taty z pełnymi ustami.
            Żołnierzyk śmieje się.
            – Zgaduję, że mój organizm nie potrzebuje teraz składników odżywczych.
            Uśmiecham się. Po posiłku nadgryzam ciastka znalezione pod poduszką. Natrafiłem na orzechowe i truskawkowe nadzienie. To dość stare ciasteczka, są twarde i niezbyt smaczne.
            – Zapasów starczy ci na kilka dni! – mówi żołnierzyk.
            Kiwam głową.
            – Na pewno ciasteczka jeszcze są gdzieś na piętrze.
            – Pójdziemy ich szukać?
            – Pewnie!
            Wyciągam rękę i tata wchodzi na nią. Kładę go sobie na ramieniu.
            – Przy okazji znajdziemy coś, co może posłużyć ci za protezę – mówię.
            Na całym piętrze (prócz gabinetu) znajdujemy dwadzieścia ciastek. W łazience znajduję srebrne kolczyki, malutkie kwadraciki na cieniutkich szpilkach. Biorę jeden i wracam do pokoju, uprzednio wracając jeszcze do schowka na miotły po precyzyjny klej w tubce.
            – Będzie jak znalazł – mówi tata, gdy kładę go na komodzie.
            Męczyłem się dość długo, ale w końcu udało mi się przykleić kolczyk kwadratem do kikuta. Tacie nie będzie najwygodniej, ale wątpię, bym znalazł coś lepszego.
            – Dziękuję – mówi tatuś i przechadza się po komodzie. Trochę utyka. – Jest świetnie.
            – Pobawimy się? – pytam.
            – Niestety, piłka będzie na mnie za duża.
            – Możemy pobawić się żołnierzykami. Mam pomysł! Ja będę złą armią, która chce cię zabić, a ty musisz się bronić! Sam na sam, w pojedynkę!
            Tata śmieje się.
            – W porządku.
            Tatuś boksuje się z nieruchomymi figurkami, co wygląda dość śmiesznie. Żołnierz po żołnierzu, cała armia pada.
            – Hura! – krzyczę i klaszczę tacie, który dumnie wypina pierś. – Jesteś najlepszy! Zmiotłeś ich!
            Kolejna zabawa ma bardziej skomplikowaną fabułę. Tata musi dostać się do przywódcy złych żołnierzy, którzy blokują mu drogę, ustawieni w szyku nie do rozerwania. Tatuś zostaje złapany do niewoli, ale udaje mu się uciec dzięki zbuntowanemu dzieciakowi. Okazuje się, że większość armii nastawiła się przeciwko przywódcy. Tata z nowymi przyjaciółmi rusza do ataku i zabija żołnierza w hełmie w ciapy.
            Na koniec wszyscy biją żołnierzykowi brawa.
            Przerywa nam smutna melodia zegara. Wybiła dwudziesta.
            Nie jestem głodny, więc idę się umyć. Biorę bardzo długi prysznic, po którym od razu padam na łóżku. Żołnierzyka kładę obok siebie i przykrywam kołdrą.
            – Ciekawe, czy będę umiał zasnąć – mówi zmęczony tata.
            Chyba mu się udaje, ale ja nie zasypiam całą noc.
           
~ ~ ~

08.07, 09.07

            Kiedy byłem jeszcze małym chłopcem, tata czytał mi na dobranoc książki fantastyczno-naukowe. Większość z nich była nudna, ale tatuś za wszelką cenę chciał mnie zachęcić do samodzielnego czytania, dlatego dodawał od siebie zabawne opisy sytuacji i historie od razu stawały się o niebo lepsze. Dzięki niemu sam znalazłem swój ulubiony gatunek: przygodowe.
            Tata nie czyta mi już na dobranoc. Sam chodzę do biblioteki i wypożyczam polecone przez niego książki. Tatuś chyba myśli, że wolę czytać samemu.

            Następne dwa dni spędzam na czytaniu książek znalezionych w biblioteczce na korytarzu. Rozdzieliłem żywność na w miarę równe porcje, dzięki którym jestem w stanie przetrwać do tygodnia. Choć nie wytrzymuję już następnego dnia i zjadam kilka ciastek za dużo. Ciągle burczy mi w brzuchu, głód spędza mi sen z powiek i kolejna noc również jest bezsenna.
            Żołnierzyk nauczył mnie grać w warcaby. Gdy nie czytam, gram razem z nim lub bawię się. Wakacje jak wakacje.
            To tata podał mi pomysł z książkami. Podoba mi się to bardziej niż kiedykolwiek, wciągam się i nie widzę świata poza lekturą.
            Żołnierzyk opowiada mi wiele historii. Najwięcej o mamie.
            Dowiedziałem się, że mamusia lubiła pisać. Tak jak ciocia. Jako nastoletnie siostry ze sobą rywalizowały. Pewnego dnia w szkole zorganizowano konkurs na najlepsze opowiadanie. Wtedy wybuchła otwarta wojna. Mama podobno podarła cioci kartkę z jej historią dzień przed terminem. Ciotka poszła wtedy naskarżyć do rodziców. Mamusia musiała przeprosić. Szargały nią wyrzuty sumienia, tak wielkie, że sama zrezygnowała z udziału w konkursie. Jak widać, nie zawsze była taka święta. Żołnierzyk mówi, że najbardziej się zmieniamy właśnie w moim wieku. „Spójrz na siebie, Kuba”, dodaje. „Rok temu byłeś kimś zupełnie innym”.
            Rzeczywiście, kiedy spoglądam wstecz, mam wrażenie, że to, co działo się zaledwie jedno lato temu, było całą dekadę za mną. A ja? Czuję się, jakbym zrzucił z siebie skórę beztroskiego dzieciaka.
            Choć wolałbym wciąż nim być.
            Wieczorem staję przed lustrem i przyglądam się sobie. Wcale się nie zmieniłem. Mam te same pulchne policzki, chude ciało i niekształtne usta. Jedynie oczy. Moje oczy! Wyglądają, jakby należały do jakiegoś wiekowego mężczyzny. Zastanawiam się, czy mama też takie miała.
            Żołnierzyk mówi, że jeśli chodzi o spojrzenie i uśmiech, jesteśmy tacy sami. „Najpiękniejszy uśmiech na świecie”.
            – I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno czytałem ci na dobranoc... – podejmuje rozmowę tata, gdy sięgam po książkę przed snem.
            – Oj, tato, bardzo bym chciał, byś znów mi czytał!
            – Naprawdę? Myślałem, że tylko dzieciom się czyta – śmieje się żołnierzyk. Siedzi na małej etażerce obok łóżka, poleruje swoją „protezę”.
            – Tatusiu, zrobiłbym wszystko, żeby poczuć się jak dziecko.
            Tata wydaje się wzruszony, gdy odpowiada:
            – Daj mi książkę. Będzie ciężko, ale... spróbujmy.
            Stawiam lekturę na stoliczku, uważając, by nie strącić żołnierzyka.
            Tata biega po linijkach tekstu. Wygląda śmiesznie, szczególnie, gdy słowo w książce jest rozdzielone.
            – Tomek po... po... cóż on po-ował? po... po... hm, nie mam pojęcia! Pobiegł! Tomek pobiegł do lasu...
            – Kos... kos... kos to taki ładny ptak. Na pewno je widziałeś, Kubusiu. Kos... kos... kosmos! To musi być kosmos. Och, nie, chodzi o kosiarkę... no cóż, byłem blisko.
            W rezultacie nic nie rozumiem z tego tekstu, ale to najlepsze czytanie, jakie było mi dane przeżyć. Śmiałem się bez umiaru, a gdy tata skończył rozdział, zbulwersowany próbował zatrzasnąć książkę. Bez skutku – w małych rączkach nie ma żadnych mięśni.
            – Kuba, to poważna książka!...
            Sam nie wytrzymuje i razem się śmiejemy. Nie wiem, ile czasu mija, gdy kładę tatę obok siebie i przykrywam kołdrą.
            – Kubusiu... – jestem już w półśnie, gdy zaczyna żołnierzyk. – Muszę ci o czymś opowiedzieć. To bardzo ważne.
            – Tak?
            – Nasza rodzina to rodzina intelektualistów i odważnych żołnierzy. Mój ojciec był na wojnie. Mój pradziadek walczył na froncie. Mój dziadek i prapradziadek byli historykami, bardzo zachwalanymi i mądrymi. Ich żony to dzielne i dobre kobiety. Matematyczki, lekarki, ale przede wszystkim... pisarki.
            Twoja mama pisała. Jej siostra pisała. Ich matka pisała.
            Jednak nie o tym chcę ci opowiedzieć. Pamiętasz, co mówiłem o cioci? Była niezrównoważona. Widziała rzeczy, których inni nie widzieli. Szkoda, że nie zdołaliśmy jej pomóc.
            A teraz pomyśl o mamie. Pamiętam jedną jej historię, którą teraz ci opowiem, choć obiecałem, że nikt prócz mnie o tym nie usłyszy.
            Pewnej nocy, gdy była jeszcze małym brzdącem, zbudziło ją pukanie do drzwi. Chciała pobiec do rodziców, ale zamiast tego wyjrzała przez okno. Ujrzała przerażający widok: mężczyzna otoczony dymem, w dziwnej masce, z kosą w ręku, patrzył w górę – prosto na nią. Mama była pewna, że przyszedł właśnie po nią. Wtedy on po prostu przeniknął przez drzwi. Jakiś czas Ewelina siedziała w pełnej ciszy i oczekiwała go. Była zbyt wystraszona, by się poruszyć. Gdy pojawił się w pokoju, okazało się, że sunie w powietrzu. Przemówił.
            – Ewelino, strzeż się, gdyż życie jest kruche, a szczęście ulotne.
            Po tym wyszedł. Mama nigdy więcej go nie zobaczyła.
            Wmawiała mi, że to nie był sen, że naprawdę go widziała. Wtedy się domyśliłem. Jej mama była pisarką. Była chora. Jej siostra była pisarką. Była chora. Twoja mama też pisała... – tata urywa.
            Nie chcę tego rozumieć, ale prawda mnie uderza. Z oczu płyną mi łzy i nie potrafię tego powstrzymać.
            – To dziwne, że łączyły je te dwie rzeczy: pisarstwo i choroba.
            – Tatusiu... mama była chora?
            – Tak, synku.
            Zaciskam powieki.
            – Co nie znaczy, że każdy pisarz w naszej rodzinie był chory. Było ich wielu, chociażby twoja prababcia, która była zupełnie zdrowa.
            – Tato... jak?
            Nie wiem, czego chcę się dowiedzieć, ale niczego innego nie potrafię z siebie wydusić.
            – Nie tak bardzo jak ciocia. Jedyną oznaką były koszmary i ten mężczyzna.
            – Czy... ciocia zabiła mamę?
            Cisza. Jeden, dwa, pięć, dziesięć sekund.
            – Mama była chora. Na raka płuc. Wszystko szło ku dobremu. Miała wyzdrowieć i wrócić do domu. Tak też się stało – na jeden dzień. W nocy zaczęła pluć krwią i bredzić. Zabrano ją do szpitala. Tam okazało się, że nie pożyje już długo. Dwie choroby połączyły siły. Ciocia przyszła w odwiedziny. Została sama z mamą w pokoju na jakieś dwie godziny. Po tym mama umarła.
            Nie rozumiem. Nie rozumiem.
            „Ewelino, strzeż się, gdyż życie jest kruche, a szczęście ulotne”.
            Zasypiam. A może już od dawna spałem.

~ ~ ~

10.07

            Kiedy byłem jeszcze małym chłopcem, chodziłem do klasy czwartej B. Na lekcji polskiego pisaliśmy czasem opowiadania, wypracowania, charakterystyki. Były to bardzo przyjemne zadania, które uwielbiałem. Pewnego razu naprawdę się do tego przyłożyłem – pani zadała do domu, by napisać historię o miłości. Przez tydzień żyłem tym opowiadaniem. Wiele razy przeciąłem sobie palec kartką, zużyłem kolejny długopis, ale w końcu powstało dzieło mojego dziecięcego życia. Byłem z siebie bardzo dumny. Tata jeszcze bardziej.
            Pani oceniła pracę i pewnego dnia przyszedłem do szkoły cały w skowronkach. Miała nam oddać zeszyty.
            Dostałem dwóję. Nauczycielka stwierdziła, że napisała je moja ciocia – znana już wtedy na sporą skalę.
            Byłem zrozpaczony. Mój tata miał mnóstwo pracy, więc powiedziałem mu, że dostałem szóstkę. Nie chciałem, by się martwił lub interweniował. To było poniżej mojej dumy.
            Po tym zdarzeniu już nigdy nie myślałem o pisarstwie.

            Jedzenia zaczyna brakować. Przez to, że się nie pilnowałem, teraz chodzę o praktycznie zupełnie pustym żołądku. Tata za wszelką cenę próbuję odwrócić moją uwagę od głodu. Bawimy się całymi godzinami, czytamy, gramy w warcaby i nawet próbujemy Polowania, choć oczywiście nic z tego nie wychodzi. Żołnierzyk towarzyszy mi na każdym kroku, opowiada żarty, historie, anegdotki.
            W pewnym momencie jednak jestem już tak wymęczony i wygłodniały, że padam na łóżko, uprzednio zostawiając żołnierza na etażerce.
            – Kuba, nie poddawaj się! – krzyczy od razu.
            – Tato, nie daję rady... muszę coś zjeść... – jęczę.
            – Nie! Bo nie starczy ci na jutro! Musisz przetrwać jeszcze jutro!
            Zwijam się w kłębek i pochlipuję.
            – Tatusiu, nie dam rady...
            – Jesteś moim synem czy nie?! Dasz radę!
            Czuję się beznadziejnie.
            – Słuchaj, młody. Widziałem blok rysunkowy, kredki, ołówki i długopisy w korytarzu na biblioteczce. Może porysujesz?
            – Rysowanie jest dla dziewczyn.
            – Bzdury! Dalej, wstawaj i się tym zajmij.
            Niestety kredki są tępe, a ołówki za małe, by je chwycić. Ciskam narzędzia ze zrezygnowaniem, po tym jak zabazgrałem całą jedną kartkę.
            – Tato, mam dosyć! – rozpaczam. Żołnierzyk siedzi na komodzie, obok bloku, i ma smutną minę. Chyba brakuje mu pomysłów.
            – Może się pobawimy?...
            – Tato, to nie ma sensu! Zostaw mnie w spokoju.
            Żołnierzyk wydaje się bardzo smutny, ale głód mnie zaślepia. Chwytam długopis i obracam go bezmyślnie w dłoni. Rozpacz i bezsilność. Gniew i głód.
            Wyrywam zabazgraną kartkę z bloku i przykładam długopis do kolejnej. Zaczynam pisać.
            Historia, która powstaje pod moją ręką, wymyka się spod kontroli od razu. Jest zbyt emocjonalna i bezsensowna. Wyrywam kolejną stronę. Piszę na następnej. I tak w kółko, aż w końcu uspokajam się i zamykam oczy.
            Zaczynam pisać.
            „Żołnierzyk. 5.07. Kiedy byłem jeszcze małym chłopcem, bawiliśmy się z tatusiem w „Polowanie”.”
           
~ ~ ~

            Po długiej pracy pozwalam sobie na zasłużony odpoczynek i kładę się spać razem z tatą, który wydaje się bardzo zadowolony z siebie, mimo że w sumie sam odkryłem w sobie zamiłowanie do pisarstwa. Mam plan na całą historię, w końcu sam ją przeżyłem. Czuję w sobie niesamowitą siłę, natchnienie i wenę.
            Tata opowiada mi kolejne historie o mamie. O jej cieście z rabarbarem, uśmiechu, głosie, malinowej szmince, starych butach, sukience w paski, flegmatycznych ruchach i żartach. Teraz rozumiem. Napiszę historię. Nie poddam się. „Zrobię to dla mamy”.

~ ~ ~

11.07

            Kiedy byłem jeszcze małym chłopcem, dostałem pod choinkę od taty cudowną kolejkę. Mogłem zbudować dla niej własny tor, a ona po nim jeździła. Bawiłem się nią bardzo długo, aż pewnego dnia przez przypadek oderwałem od niej koło. Byłem okropnie wściekły i smutny. Tata próbował to naprawić, ale się nie dało.
            Potem pokazał mi, że mimo brakującej części zabawka nadal działała. Choć ja dalej byłem zły. Nie było koła? Nie było. Kolejka była niekompletna. Przestałem się nią bawić.
            Jeśli jeszcze kiedyś zobaczę dom, od razu wyjmę kolejkę z szafy i będę budować dla niej  najlepsze tory.

            Został mi tylko jeden batonik i resztka soku. Dojadam je rano. Wciąż nie czuję smaku ani zapachów. Pół dnia piszę swój dziennik. Pół dnia bawię się z żołnierzykiem. Przez cały czas jestem tak głodny i osłabiony, że ledwo funkcjonuję. Właściwie tylko historia, którą mam do napisania i tata utrzymują mnie przy zmysłach. Przychodzi mi do głowy dziwne porównanie – czuję się jak proteza taty. Mechaniczna, metalowa, spoczywa na niej duży ciężar. Skrzypi.
            Mam wrażenie, że tata coraz mnie się odzywa i coraz częściej pozostaje w bezruchu. Gdyby nie kolczyk zamiast nogi, pomyliłbym go z innymi żołnierzykami. Nie pytam go o to. Obydwoje staliśmy się cichsi i spokojniejsi. Rozumiemy się bez słów.
            To właśnie tego dnia, gdy prawie w ogóle nie rozmawiamy, czuję największą bliskość z tatą.
            Wieczorem kładę się spać, jak zwykle wcześniej usadawiając żołnierzyka pod kołdrą. Liczę na jakąś historię, ale tatuś szybko zasypia. Ja również, zmęczony i wygłodzony, uspokojony przez rytmiczne, powolne bicie serca. Tu-dum, tu-dum.
            W pewnym momencie jest tak wolne, że wydaje mi się, że umieram.

~ ~ ~

12.07

            Jednak rano się budzę. A raczej budzi mnie klakson. Z mojego pokoju nie mogę wyjrzeć na dwór. Dlatego siedzę na łóżku i czekam.
            – To chyba koniec, synu – mówi niespodziewanie tatuś. – Będziesz mógł dokończyć swoją historię.
            Siedzi obok mnie na łóżku.
            – Zabieram cię z sobą.
            – Wiem. Ale ja nie zabieram się z tobą – uśmiecha się smutno żołnierzyk. – Pan Franek będzie dobrym opiekunem.
            To rzeczywiście koniec.
            W miarę możliwości przytulam miniaturowego tatę i odstawiam na etażerkę.
            – Kocham cię, tato.
            – Ja ciebie też kochałem, synu. I mama też cię kochała. Ciocia i wujek także. Nie bój się.
            Żołnierzyk odwraca się. Trwa cisza. Jeden, dwa, trzy, dziesięć sekund. Po tym czasie biorę zabawkę do ręki. Ma zwykłe, czarne oczy, a spod hełmu nie wystają włosy. Moją uwagę przykuwa co innego. Na etażerce leży kropla. Wielkości ludzkiej łzy.
            Na dole rozlega się krzyk. Wiem, że nadszedł ten czas.

            Muszę zejść na dół.